13 kwietnia 2017

Pył Ziemi, Rafał Cichowski


Zdecydowanie zbyt wielką fanką science fiction nazwać się nie mogę, w całym swoim życiu przeczytałam zaledwie kilka książek z tego gatunku, w tym m.in. dwie powieści Stanisława Lema („Solaris” i „Eden”), które właśnie najbardziej mnie do niego przekonały. Po „Pył Ziemi” sięgnęłam z nadzieją na rozbudzenie mojego zafascynowania tego typu książkami, które sprawiłoby, że po science fiction zaczęłabym sięgać nieco częściej. I o ile do pewnego momentu zaczęłam wierzyć w to, że spotkałam książkę godną polecenia, tak cała reszta powieści rozbiła wszelkie moje nadzieje na to, że w moje ręce wpadła właśnie naprawdę wyśmienita lektura. 

Gdy dni Ziemi zdają się być policzone, w przestrzeń kosmiczną zostaje wystrzelony statek Yggdrasil z 70 milionami osób na pokładzie, mający za zadanie znalezienie nowego domu dla gatunku ludzkiego i zapewnienie mu przetrwania. Siedemset lat później na Ziemię zostają wysłane kapsuły z podrasowanymi genetycznie Ziemianami, których zadaniem jest odnalezienie Biblioteki Snów. Ku ich zaskoczeniu okazuje się jednak, że Ziemia nie jest wcale tak martwa – ani opuszczona – jak mogliby przypuszczać. 

Opis znajdujący się na okładce tej książki mówi o przygodach dwójki bohaterów – Lilo i Reza – co jest dosyć mylące, biorąc pod uwagę, jak małe znaczenie w tej historii ma ta pierwsza postać. O ile na początku faktycznie postać Lilo grała jakąś naprawdę maleńką rólkę (była bardziej zapalnikiem dla jakiejś większej akcji, aniżeli jej faktyczną uczestniczką), tak im bardziej zbliżałam się do końca tej powieści, tym obecność tej bohaterki zdawała się drastycznie maleć, co mnie niesamowicie rozczarowało. 

Pół biedy, gdyby Rez był postacią tak fantastyczną, tak świetnie wykreowaną, że na brak Lilo mogłabym przymknąć oko, niestety jednak jego charakter jest to bólu płytki i papierowy, co sprawia, że ciężko jest mi o jakiekolwiek pozytywne wrażenia w kwestii przedstawionych bohaterów. Zabierając się za czytanie tej powieści miałam nadzieję, że historię poznam niejako z dwóch punktów widzenia, albo chociażby obie postacie w równym stopniu dojdą do głosu – tak się niestety nie stało, a szkoda, bo „Pyłowi Ziemi” zdecydowanie przydałby się dobry, żeński pierwiastek... albo chociażby dobrze przedstawiony, co w zasadzie skłania mnie ku kolejnej refleksji. 

Nie spodobał mi się również seksistowski pierwiastek wyłaniający się z tej książki. Postać Lilo traktowana jest przedmiotowo, całkowicie ginie na tle narracji Reza, autor ani na sekundę nie dopuszcza jej do głosu, a jej losy są jedynie tłem dla losów i wątpliwego zgłębiania psychologii głównego bohatera. Czytając fragment, w którym autor mówi, że kobiety tracą głowę w obecności stylistek, zmieniają zdanie i lubią się stroić, bo „po prostu tak mają” ręce kompletnie mi opadły i zaledwie resztkami dobrej woli powstrzymałam się, aby z irytacji nie rzucić tej książki w kąt.

„Pył Ziemi” sprawia wrażenie nie do końca przemyślanej powieści. Przede wszystkim brakowało mi pewnej spójności pomiędzy niektórymi wydarzeniami, czułam się tak, jakby były one od siebie uniezależnione, co było dosyć frustrujące. Po drugie, bardzo irytował mnie nawyk autora do opisywania wydarzeń, a dopiero później wyjaśniania, jak do nich tak naprawdę doszło. Sprawiało to, że bardzo często gubiłam się w tej książce, zadawałam sobie masę pytań, na które odpowiedzi musiałam dosyć długo czekać, co bardzo zniechęcało mnie do poznania dalszego ciągu tej historii. Po trzecie, wydarzenia w tej powieści zdawały się nie mieć żadnego wpływu na psychologię postaci, co już trochę zakrawa o absurd, ponieważ to właśnie pod ich wpływem bohaterowie mają się zmieniać, nabierać doświadczenia, nowej wiedzy, a ich charaktery ewoluować. Nie rozumiem na przykład kompletnie zawartej w tej książce sceny erotycznej – jaki był jej sens? Po co została ona zawarta w fabule? Do czego autor dążył poprzez opisanie tego momentu? 

Nie podoba mi się to, że opis znajdujący się na okładce wprowadza czytelnika w błąd – przez niego uwierzyłam, że w „Pyle Ziemi” znajdę ciekawy wątek detektywistyczny, a tak się niestety nie stało. Bohaterowie bowiem po przybyciu na Ziemię trafiają w pewnym momencie do zrekonstruowanego, wiktoriańskiego Londynu, w którym mają do czynienia z brutalnymi morderstwami prostytutek. Zdawać by się mogło, że otrzymam zaskakujący element kryminalny, jednakże wątek ten skończył się równie szybko, jak się zaczął i niestety nie mógł być on bardziej przewidywalny, niż był w rzeczywistości. Było powodem mojego ogromnego rozczarowania.

Początkowo czułam się niesamowicie oczarowana językiem i stylem autora, jego zaskakująco trafnymi i błyskotliwymi spostrzeżeniami, cudownym humorem, zabawnymi przemyśleniami głównego bohatera, a przede wszystkim tym, jak sprytnie i pięknie Rafał Cichowski posługiwał się językiem polskim. Im głębiej jednak w las, tym bardziej czułam się zirytowana niemożliwie drętwymi dialogami i przekleństwami, które bardzo odstawały na tle niektórych fragmentów i zdawały się wrzucone w nie tylko po to... żeby być. Nie jestem zagorzałą przeciwniczką wulgaryzmów w literaturze, doskonale potrafię zrozumieć potrzebę ich użycia, jednak jedynie w uzasadnionych momentach i w odpowiedniej ilości. 

„Pył Ziemi” jest zdecydowanie dystopijno-futurystyczno-fantastyczną mieszanką, aniżeli czystym science fiction, poruszającą kilka ważnych spraw na tle społecznym i ekonomicznym, których jednak nie potrafiłam wystarczająco docenić z powodu negatywnych doznań wywołanych przeczytaniem tej powieści. Mówiąc krótko: jestem nią niesamowicie rozczarowana. Oczywiście sami podejmiecie decyzję czy uważacie „Pył Ziemi” za powieść wartą przeczytania, ja jednak nie jestem w stanie jej polecić, a kolejnym książkom, które wyjdą spod pióra tego autora, stanowczo podziękuję. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.

Copyright © 2016 Złodziejka Książek , Blogger