Przyznam szczerze, że trochę obawiałam się sięgnięcia po tę książkę – z jednej strony nie mogłam doczekać się momentu, w którym będę mogła rozpocząć lekturę, z drugiej jednak strach przed przekleństwem drugiego tomu sprawiał, że czytanie tej powieści odkładałam coraz bardziej. „Zew księżyca”, pierwsza część wielotomowej serii o przygodach Mercedes Thompson, niesamowicie przypadł mi do gustu, sprawiając, że świat i bohaterowie wykreowani przez autorkę byli jedynym, o czym przez długi czas byłam w stanie myśleć. Czy w przypadku „Więzów krwi” sytuacja wygląda tak samo?
Mercedes Thompson po raz kolejny wpakowała się w sytuację, w której tak naprawdę nie chciała się znaleźć. Stefan, jeden z jej nieśmiertelnych znajomych, zgłasza się do Mercy prosząc o oddanie przysługi, którą kobieta była mu winna – zadaniem miłośniczki volkswagenów jest służyć wampirowi jako świadek pod postacią kojota podczas ważnego spotkania z osobnikiem w pewnym stopniu do Stefana podobnym. Kim jednak jest tak naprawdę tajemniczy stwór, z którym spotkał się Stefan?