Jeżeli czytaliście moją
opinię o „Mroczniejszym odcieniu magii” to wiecie dobrze, że
spodziewałam się po tej książce czegoś odrobinę więcej,
zwłaszcza biorąc pod uwagę tak pozytywne recenzje zagranicznych
czytelników tej powieści. Mimo wszystko pierwszą część oceniłam
na plus, jednak przyznaję, że moje oczekiwania względem
kontynuacji nie były już tak wysokie – po tym małym
rozczarowaniu podeszłam do „Zgromadzenia cieni” z dużym
dystansem i pewną nawet podejrzliwością, nie byłam bowiem pewna,
czy i w przypadku drugiej części tej trylogii nie spotka mnie
czasem jakiś zawód. I szczerze mówiąc naprawdę się cieszę, że
powstrzymałam swój entuzjazm, bo dzięki temu odłożyłam tę
powieść na półkę z bardzo dużą satysfakcją.
Minęły cztery miesiące
od tragicznych wydarzeń w Czerwonym Londynie, które odcisnęły
piętno na każdym z bohaterów. Rhy nie jest już tak beztroski, jak
był kilka miesięcy temu, Kella nieustannie dręczą wyrzuty
sumienia, Lila natomiast postanowiła ruszyć własną drogą, aby
odciąć się od niedawnych wydarzeń. Czy istnieje jednak szansa
powrotu do normalności? Czy są nią zbliżające się Igrzyska
Żywiołów – międzynarodowy turniej mający za zadanie zachować
dobre stosunki między sąsiadującymi ze sobą narodami? Kiedy
ludność Czerwonego Londynu oddaje się świętowaniu, w Białym
Londynie zaczyna powstawać coś bardzo niepokojącego i znacznie
potężniejszego, niż śmieliby przypuszczać.