14 marca 2017

Miasto cieni, Ransom Riggs


Wielokrotnie spotykałam się w internecie z opiniami, że z części na część trylogia ta traci na wartości i staje się nudniejsza, co nie ukrywam, że w pewnym momencie sprawiło, iż zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy w ogóle warto jest kontynuować przygodę z tą trylogią. Później jednak pomyślałam sobie, że nie po to rozpoczynałam przygodę z tymi książkami, aby zakończyć ją na pierwszej części, a negatywne opinie nie znaczą, że i ja z kontynuacji będę niezadowolona, tym bardziej, że „Osobliwy dom pani Peregrine” bardzo przypadł mi do gustu. A „Miasto cieni”? Z radością przyznaję, że jestem z tej książki w 100% usatysfakcjonowana. 

W „Mieście cieni” po raz kolejny spotykamy się z bohaterami poznanymi w „Osobliwym domu pani Peregrine”. Mamy rok 1940, Jacob i jego nowi przyjaciele zmuszeni są opuścić wyspę, na której znajdował się dom pani Peregrine i wyruszyć w niebezpieczną podróż do Londynu, z której niekoniecznie wrócą cali i zdrowi.

Muszę przyznać, że pomimo tego, iż w „Mieście cieni” zabrakło mi jednego ważnego elementu, który znajdował się w „Osobliwym domu pani Peregrine” to w ogólnym rozrachunku książka ta spodobała mi się znacznie bardziej niż pierwsza część, czym jestem naprawdę zadowolona. Było w niej coś takiego, co chwyciło mnie za serce i sprawiło, że czytałam tę powieść ze szczerym uśmiechem na ustach i trzymałam kciuki, żeby jej zakończenie nie nadeszło zbyt szybko. 

W powieści tej pojawiają się nowi bohaterowie, którzy z miejsca przypadli mi do gustu. Poznajemy tutaj nie tylko osobliwych ludzi, ale również zwierzęta, których obecność sprawiła, że „Miasto cieni” nabrało jeszcze bardziej przyjemnie cudacznego charakteru. Akcja wciąż obraca się oczywiście wokół Jacoba i jego przyjaciół, ale nowi bohaterowie, tak interesująco zarysowani, sprawiają, że książka staje się jeszcze ciekawsza. Spodobało mi się to, że postacie te nie były postaciami nieistotnymi, o których szybko zapominałam. Mieli oni bardzo istotny wpływ na rozwój fabuły, szybko przypadli mi do gustu, przez co nie raz przyłapałam się nad tym, że odbiegam w ich stronę myślami, zastanawiając się nad tym, co w danej chwili u nich słychać. Uwielbiam tę książkę za tak ciekawe i nietuzinkowe postacie drugoplanowe. 

Dlaczego przed sięgnięciem po tę książkę bałam się nudy? Dlaczego obawiałam się tego, że „Miasto cieni” niemożliwie mnie znuży i sprawi, że odłożę tę książkę nieusatysfakcjonowana, zirytowana, z poczuciem zmarnowanego czasu? Powinnam mieć zdecydowanie więcej zaufania do autora, który jeżeli chodzi o tempo prowadzonej akcji absolutnie mnie nie rozczarował. Akcja tej książki toczy się bowiem w tak wartkim i przyjemnym tempie, że o jakiejkolwiek nudzie nie może być mowy. „Miasto cieni” rozpoczyna się w momencie, w którym zakończył się „Osobliwy dom pani Peregrine”, dlatego od samego początku czytałam tę powieść z ogromnym zainteresowaniem, ponieważ chęć dowiedzenia się tego, w co tym razem wpakują się bohaterowie w pewnych momentach przerastała nawet mnie samą. Cieszę się, że lektura ta pozbawiona jest nużących momentów czy tzw. „zapychaczy”, scen nieistotnych, które tylko wypełniają miejsce pomiędzy co istotniejszymi wydarzeniami. W tej powieści każda scena sprawiała, że mój apetyt na poznanie zakończenia tego etapu historii wzrastał z każdą przewróconą kartką. 

Bardzo ciekawie obserwowało mi się rozwój osobowości bohaterów tej książki, ponieważ wyraźnie widać w niej, jaką drogę te postacie przeszły. Jak duże piętno odcisnęły na nich wydarzenia z tej powieści oraz z jej poprzedniczki. I pomimo tego, że cała ta podróż wykańczała ich emocjonalnie to jednak potrzeba parcia do przodu okazała się być znacznie silniejsza niż możliwość poddania się, co naprawdę mocno mnie zachwyciło. Wielokrotnie w trakcie całej tej przygody między bohaterami pojawiały się różnorakie konflikty, skutecznie pokonywane jednak przez więzi rodzące się między postaciami, więzi tak silne, że żadne kłody rzucane pod nogi bohaterów nie były w stanie ich złamać, a to jest moim zdaniem największym atutem tej powieści. 

Gdzieś jednak zagubił się ten klimat, który towarzyszył mi podczas czytania „Osobliwego domu pani Peregrine”. Ta atmosfera niepokoju, tajemniczego niebezpieczeństwa czającego się na każdym kroku, która ogromnie mnie zachwyciła. Nie miałam już wrażenia brnięcia przez mgłę wywołującego ciarki na skórze, cała ta zagadkowość niestety gdzieś się przede mną schowała i tego naprawdę mocno żałuję. Pomimo tego, że „Miasto cieni” czytało mi się naprawdę przyjemnie i jestem zachwycona lekturą to jednak poprzez brak tego klimatu książka niestety traci troszkę na uroku, który z pewnością zadziałałby na jej korzyść. 

„Miasto cieni” jest świetną kontynuacją pierwszego tomu tej trylogii i idealną powieścią dla poszukiwaczy porywającej przygody, od której ciężko będzie się oderwać. Naprawdę nie warto zrażać się negatywnymi opiniami, które pojawiają się wokół tych książek, zdecydowanie zachęcam do zapoznania się z tymi lekturami i wyrobienia sobie swojego własnego zdania na ich temat. Gdybym ja z powodu niepochlebnych recenzji miała odmówić sobie przeczytania tych książek, teraz już wiem, że ominęłaby mnie naprawdę odprężająca i wciągająca historia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.