20 marca 2017

Szóstka Wron, Leigh Bardugo


Sięgając po „Szóstkę Wron” byłam w stu procentach świadoma tego, że mogę się tą powieścią gorzko rozczarować, jednak z drugiej strony moja ciekawość i chęć jej przeczytania okazały się zdecydowanie silniejsze od zdrowego rozsądku. Dwa tomy Trylogii Grisza, które przeczytałam kilka tygodni temu bardzo mocno mnie zawiodły, „Szóstka Wron” jednakże zbierała (i zbiera do tej pory) tak pozytywne opinie, chwilami graniczące z peanami pochwalnymi niemającymi żadnego umiaru, że przeczytanie tej powieści w pewnym momencie stało się dla mnie rzeczą oczywistą. I, niestety, kolejnym rozczarowaniem. 

Powieść opowiada o przygodach sześciorga wyrzutków, którzy mają do wykonania bardzo niebezpieczne zdanie. Ich celem jest włamanie się do piekielnie dobrze strzeżonego więzienia znanego jako Lodowy Dwór, uwolnienie znajdującego się w nim zakładnika oraz wydostanie się z niego w jednym kawałku, aby odebrać nagrodę, która ustawi ich na resztę życia. Zadanie szalenie trudne, jednak nie niewykonalne. Kaz Brekker, największa szumowina, jaką widziało miasto musi jedynie znaleźć ludzi wystarczająco zdesperowanych, aby zgodzili się oni na wzięcie udziału w tej samobójczej misji. 

„Szóstka Wron” to historia solidnie osadzona w świecie znanym niektórym z was już z Trylogii Grisza – jej akcja dzieje się w poznanych wcześniej (mniej lub więcej) miejscach, z tą różnicą jedynie, że wysunięta jest ona o kilka lat w przód po zakończeniu „Ruiny i Rewolty”. Zdecydowanie zatem proponuję przeczytanie jej dopiero po zapoznaniu się z poprzednimi powieściami tej autorki, ponieważ bardzo łatwo można zaspoilerować sobie zakończenie napisanej przez nią trylogii (jak stało się w moim przypadku, jednak nie zależy mi na byciu bardzo zaskoczoną podczas czytania trzeciego tomu, dlatego nie jest to dla mnie żadnym problemem). Jednakże decyzja o kolejności czytania tych książek należy oczywiście tylko i wyłącznie do was. 

W książce tej dzieje się sporo i temu absolutnie nie jestem w stanie zaprzeczyć, z drugiej jednak strony mam wrażenie, jakby nie działo się tak naprawdę nic istotnego. Nic, co przykułoby moją uwagę, nic, co sprawiłoby, żebym chłonęła każde kolejne słowo napisane przez autorkę, nic wybitnie zachwycającego. Co w gruncie rzeczy zakrawa trochę na ironię – nieustannie czekałam na to, aż wydarzy się coś, co wbije mnie w fotel, co sprawi, że resztę książki pochłonę w jednym kawałku i że pomyślę sobie: „tak! W reszcie wiem, czym zachwyca się tak wielu czytelników!”. Prawda jest taka, że wydarzenia w tej powieści w żaden sposób na mnie nie oddziaływały, nie dostarczały mi żadnych emocji, poza jedynie chwilami solidnego znużenia. 

I właśnie tym jestem najbardziej rozczarowana – brakiem doświadczania jakichkolwiek emocji podczas lektury. Brakowało mi ekscytacji, pewnej nerwowości towarzyszącej nieustannym tarapatom, w które wpadali bohaterowie. Brakowało mi podniecenia na myśl o tym, co jeszcze może się wydarzyć, szybszego bicia serca i otwierania ust w niedowierzaniu na niespodzianki, które przygotowała Leigh Bardugo oraz przede wszystkim adrenaliny, która spowodowana byłaby niemożliwymi wręcz czynami, których dokonywali bohaterowie tej powieści. „Szóstkę Wron” czytałam zaskakująco beznamiętnie, a nad tym ubolewam najbardziej, ponieważ naprawdę uważam, że książka ta miała ogromny potencjał na to, aby zrzucić mnie z fotela i bezczelnie wepchnąć się na półkę z ulubionymi powieściami. Potencjał, niestety, całkowicie niewykorzystany. 

Wykreowane przez autorkę postacie są dla mnie niemałą zagwozdką, ponieważ mam wobec nich bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony jestem niesamowicie zadowolona ze sposobu, w jaki autorka starała się ich przedstawić – jako bohaterów nie do końca złych i nie do końca dobrych, znajdujących się gdzieś pomiędzy, których moralność można skutecznie zakwestionować. Z drugiej jednak strony, pomimo tych wszystkich paskudnych czynów, których się dopuszczali, brutalnych i bezlitosnych niekiedy morderstw, ja wciąż miałam wrażenie, że gdzieś głęboko tli się w nich taka ilość dobra, która sprawia, że mimo wszystko w jakiś sposób można jednak uznać ich za tych dobrych bohaterów, znajdujących się po „jasnej stronie”. Doskonale wiem, że brzmi to absurdalnie i w ani jednym momencie nie próbowałam nawet usprawiedliwiać tego, czego bohaterowie dopuszczali się na kartach tej powieści, jednak takie uczucie towarzyszyło mi praktycznie do ostatniej strony. Zabieg kreowania „wątpliwego moralnie” bohatera zdecydowanie lepiej udał się Marie Lu w ostatnio czytanym przeze mnie „Mrocznym piętnie”, w którym główna bohaterka zachwyciła mnie swoją nieobliczalnością, wielowarstwowością i niejednoznacznością, której bohaterom Leigh Bardugo zdecydowanie brakuje. 

Postacie te, na dobrą sprawę, były mi bardzo obojętne, co w sumie bardziej mnie zasmuciło niż rozczarowało. Przy tak szerokiej palecie różniących się od siebie bohaterów, z różnymi charakterami, z przeszłością, która ukształtowała ich na różny od siebie sposób powinnam bez problemu nie tylko znaleźć sobie ulubieńca (którego mam w praktycznie każdej przeczytanej książce), ale również poczuć więź z przynajmniej większością wykreowanych postaci. Tak się niestety nie stało i nawet w momentach zagrożenia życia, gdy niektórzy bohaterowie znajdowali się jedną nogą w grobie ja mogłam zmusić się jedynie na nieco bezczelne „no dobra, przejdźmy dalej”. W przekonaniu się do nich kompletnie nie pomagał mi fakt, iż zachowywali się oni zdecydowanie zbyt dojrzale jak na tych siedemnasto- i szesnastolatków, jak przedstawiła ich autorka. Sprawiali oni wrażenie co najmniej dwudziestoczteroletnich ludzi i właśnie dlatego wydali mi się oni zbyt nienaturalni i nierzeczywiści, żebym mogła w jakikolwiek sposób się do nich przywiązać. Różnica między ich wiekiem a zachowaniem była dla mnie niestety zbyt rzucająca się w oczy.

Piękne wydanie to zdecydowanie nie wszystko, co książka musi posiadać, aby przypaść mi do gustu. Co więcej, jest to dla mnie najmniej istotna kwestia, a zdaje się, jedyny atut, jaki posiada „Szóstka Wron”. Nie twierdzę jednakże, że jest ona od A do Z zła, nudna i nieciekawa – przyznaję, że zdarzały się nieliczne momenty, które przykuły moją uwagę (mogę policzyć je jednak na palcach jednej ręki) oraz, co najważniejsze, nie męczyłam się z jej czytaniem jak w przypadku książek, które potrafią wykończyć mnie emocjonalnie, jak i – o dziwo – fizycznie. Mimo wszystko jestem nią rozczarowana, autorka zdecydowanie nie wykorzystała potencjału, jaki tkwił w tej historii, w świecie, w bohaterach, czym w sumie po przygodzie z Trylogią Grisza nie powinnam być zaskoczona. Niemniej jednak naprawdę chciałam dołączyć do grona zachwyconych tą powieścią osób, chciałam poczuć wobec „Szóstki Wron” to uwielbienie, którego doświadczyło tak wielu czytelników przede mną. Bardzo żałuję, że nie było mi to dane. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.