Kosmos, odległe planety, nieodkryte jeszcze miejsca - to zawsze było coś, czym w jakiś sposób przejawiałam zainteresowanie. Wciąż mam na swoich półkach kilka książek związanych z tą tematyką, które trzymam od dzieciństwa. Po dziś dzień pamiętam te chwile, kiedy do cienkiego, zniszczonego zeszytu przerysowywałam z tych książek przeróżne gwiazdozbiory i Układ Słoneczny, o którym z gimnazjum zrobiłam nawet prezentację. „Marsjaninowi” udało się przypomnieć mi jak wielkie było kiedyś moje zainteresowanie tym tematem i w pewnym momencie zatęskniłam nawet za chwilami, kiedy gwiazdy na niebie wydawały mi się być czymś więcej niż - obecnie - jedynie jasnymi punktami.
Mark Watney to astronauta z niezwykłym pechem. Bo jak inaczej nazwać to, że z powodu bardzo groźnej burzy piaskowej marsjańska ekspedycja musi natychmiastowo opuścić powierzchnię Czerwonej Planety, a Mark w skutek wypadku zostaje na niej uwięziony? Kiedy mężczyzna odzyskuje przytomność, zdaje sobie sprawę, że został na Marsie całkiem sam, co gorsza - jego towarzysze i sztab Houston z pewnością uważają, iż jest martwy i nie przybędą mu na ratunek. Astronauta Wantey nie jest jednak człowiekiem, który szybko się poddaje i rozpoczyna rozpaczliwą walkę o przetrwanie.