Jeżeli czytaliście moją recenzję innej książki tej autorki pt. „Lato drugiej szansy”, to na pewno wiecie, że spędziłam z tą powieścią magiczne, niezapomniane chwile, a sama historia urzekła mnie tak, że jej recenzja była niemalże peanem pochwalnym na jej cześć. Bez wahania skorzystałam więc z szansy przeczytania książki „Aż po horyzont”, licząc jednocześnie na to, że otrzymam równie zachwycającą, równie mocno zapadającą w pamięć i poruszającą lekturę. Czy tak się stało? Cóż, po części tak, po części niestety nie.
Ta ponad 400 stronicowa powieść opowiada historię dwójki bohaterów, którzy wyruszają razem w samochodową podróż przez (prawie) całą Amerykę. Amy to postać, która przechodzi właśnie przez najgorszy z możliwych okresów. Kilka miesięcy temu zmarł jej ojciec, a teraz musi opuścić miejsce, w którym się wychowała i dojechać do matki z Kalifornii do Connecticut i tam rozpocząć nowe życie. Roger natomiast to syn znajomej rodziców, który próbuje poradzić sobie z koszmarnym zerwaniem, jednak pomimo tego, że niegdyś bawili się ze sobą w dzieciństwie, Amy kompletnie go nie pamięta. I jak tu podróżować z kimś w zasadzie całkowicie obcym przez kilka dni w jednym samochodzie? Okazuje się jednak, że bardzo szybko znajdują oni wspólny język, a początkowo zapowiadająca się nudna podróż w jednej chwili zamienia się w niezapomnianą przygodę ich życia.