Wielokrotnie spotykałam się w internecie z opiniami, że z części na część trylogia ta traci na wartości i staje się nudniejsza, co nie ukrywam, że w pewnym momencie sprawiło, iż zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy w ogóle warto jest kontynuować przygodę z tą trylogią. Później jednak pomyślałam sobie, że nie po to rozpoczynałam przygodę z tymi książkami, aby zakończyć ją na pierwszej części, a negatywne opinie nie znaczą, że i ja z kontynuacji będę niezadowolona, tym bardziej, że „Osobliwy dom pani Peregrine” bardzo przypadł mi do gustu. A „Miasto cieni”? Z radością przyznaję, że jestem z tej książki w 100% usatysfakcjonowana.
W „Mieście cieni” po raz kolejny spotykamy się z bohaterami poznanymi w „Osobliwym domu pani Peregrine”. Mamy rok 1940, Jacob i jego nowi przyjaciele zmuszeni są opuścić wyspę, na której znajdował się dom pani Peregrine i wyruszyć w niebezpieczną podróż do Londynu, z której niekoniecznie wrócą cali i zdrowi.