Dla niektórych z Was czytanie książek to po prostu najzwyklejsze w świecie hobby. Wchodzicie do księgarni czy biblioteki, kupujecie/wypożyczacie interesującą Was książkę, wracacie do domów i w wolnej chwili delektujecie się wybraną przez Was lekturą. Ot, uczta dla umysłu, nic więcej. Są jednak osoby, dla których czytanie książek wiąże się z czymś znacznie więcej, nie jest to zwykłe zainteresowanie, które pozwala sympatycznie spędzić wolny czas, a pewien być może rytuał? Niektórzy ludzie z czytaniem książek wiążą znacznie, znacznie więcej, posiadają takie swoje małe dziwactwa, które ujawniają się wtedy, gdy jakaś książka znajduje się w pobliżu.
I właśnie o tych „dziwactwach” chciałabym z Wami porozmawiać. Jestem pewna, że wśród czytelników tego bloga znajdują się osoby, które właśnie jakieś takie minimalne dziwactwa posiadają. Dla mnie obowiązkową czynnością podczas czytania jakiejś książki, która poprzedza rozpoczęcie nowej lektury jest... porządne „sztachnięcie się” zapachem danej książki. Powąchanie jej, poznanie się z zapachem to coś, bez czego rozpoczynanie nowej książki nie może się odbyć. Problem pojawia się wtedy, kiedy za nową książkę zabieram się w tramwaju lub w autobusie (dobra rada: nie wąchajcie książek w publicznych środkach transportu, ponieważ to w zadziwiający sposób przyciąga specyficzne spojrzenia innych podróżujących).
Nie za bardzo wiem, jakie inne dziwactwa mogą posiadać czytelnicy, dlatego w tym przypadku liczę na Waszą pomoc! Poza wąchaniem kartek obowiązkową rzeczą jest dla mnie noszenie książki absolutnie wszędzie, choćbym wychodziła jedynie na 5 minut. Pamiętam sytuację, kiedy szłam na uczelnię i pomiędzy dwoma zajęciami miałam jedynie 15 minut przerwy. Pomyślałam sobie, że nie ma sensu brać ze sobą żadnej książki, bo zanim jeszcze znajdę salę, do której powinnam trafić (ach, te bujne początki chodzenia na uczelnię, gubienie się, niedocieranie na wykłady...) to na pewno nie będę miała ani chwilki na przeczytanie nawet jednej strony. Okazało się, że jedne zajęcia zostały skrócone do kilku minut, a ja całe dwie godziny przebimbałam i umierałam z nudów. Od tego momentu, choćbym wiedziała, że nie ma sensu brać ze sobą książki, zawsze mam w torbie jakąś powieść. Na zaś!
Na pewno niektórzy z Was mają swoje ulubione miejsca, w których czytają książki. Ulubiony fotel? Łóżko? Skrawek podłogi? Niektórym nie trzeba wiele, wystarczy fragment wolnej przestrzeni, a pozostały komfort zapewni książka. Są osoby, które lubią mieć pod ręką ulubioną przekąskę, kawę, herbatę lub jakiś sok. Ewentualnie kota, który będzie pełnił rolę termofora. Niektórzy również obowiązkowo wstępują do pierwszej lepszej księgarni przy okazji każdego tour po mieście. Do której grupy Wy byście się zaliczyli? Dzielcie się swoimi nawykami, jakiekolwiek by one nie były.