Zbyt wielu ludzi wymaga od nas, abyśmy udawali kogoś, kim nie jesteśmy i jest to najlepszy sposób na zabicie indywidualności oraz własnego „ja”, a są to przecież najważniejsze czynniki, które czynią nas wyjątkowymi. Nie ma nic piękniejszego niż różnorodność zainteresowań czy osobowości, a to właśnie ten drugi aspekt bywa najczęściej tłamszony. W wielu przypadkach to my sami decydujemy się na przybranie maski, udawanie kogoś, kim nie jesteśmy, aby się dopasować, jednak taki konformizm bywa zazwyczaj równie mocno destrukcyjny co wymuszanie na nas konkretnego zachowania przez innych. W takiej sytuacji niestety znalazł się główny bohater powieści Jennifer A. Nielsen, jego położenie jest jednak o tyle skomplikowane, iż za niewypełnienie oczekiwań grozi mu... śmierć.
Nad pewnym królestwem wisi widmo wojny domowej, której groźba zbliża się wielkimi krokami. Aby temu zapobiec, arystokrata Conner decyduje się na posadzenie na tronie mistyfikatora - chłopca, który miałby udawać zaginionego przed laty księcia. W tym celu wybiera grupkę chłopców, którzy biorą udział w wyścigu o władzę, jednak zadanie jest o tyle trudne, iż Conner ma do czynienia z trójką sierot pozbawionych jakichkolwiek manier i wiedzy na temat zachowywania jak przystało na księcia, jak więc w krótkim czasie dwóch tygodni zamienić ich w idealne repliki zaginionego chłopca? Który z kandydatów okaże się być godny, aby zasiąść na tronie? I jakie tak naprawdę niespodzianki czekają na nich w trakcie tej rozgrywki?
Naczytałam się o tej książce dosyć sporo, a były to głównie recenzje bardzo pozytywne, wychwalające zalety tej powieści i rzadko kiedy wspominające o jakichś minusach czy mankamentach. Nie ukrywam, że to pod ich wpływem zdecydowałam się na przeczytanie tej książki, ale także nastawiłam na coś znacznie lepszego, niż otrzymałam w rzeczywistości. Nie zrozumcie mnie źle, dostałam kawałek naprawdę świetnej lektury, aczkolwiek niepozbawionej wad, jak mogłyby odwrotnie wskazywać na to opinie, z którymi spotkałam się z resztą dosyć dawno temu.
Ogólnie rzecz ujmując „Fałszywy książę” to książka naprawdę lekka i przyjemna w czytaniu, fajna odskocznia od czegoś bardziej wymagającego, jeżeli potrzebujecie na chwilę zabrać się za coś odprężającego po chociażby wyczerpującym thrillerze czy łamiącej serce powieści obyczajowej. Podczas czytania tej książki miałam takie fajne odczucie jak podczas czytania pierwszego tomu „Zwiadowców” Johna Flanagana rok temu - wówczas liczyła się tylko przygoda, wszelkie troski i zmartwienia odchodziły na bok. Czułam, że mój umysł jest naprawdę wyjątkowo lekki i wolny od jakichkolwiek zmartwień. Cieszę się, że mogłam doświadczyć tego jeszcze raz i jest to aspekt, dzięki któremu będę tę lekturę wspominać z naprawdę sporą sympatią przez długi czas.
Pomimo tego, że książka sama w sobie jest wciągającą i zadowalającą lekturą, to jednak posiada dosyć istotny minus, a jest nim mianowicie język autorki, który niestety nie przypadł mi do gustu. Jej styl wydawał się być zbyt pospolity, zbyt... prosty, przez co nie byłam z niego zadowolona. Mogłabym go porównać do człowieka, który na oślep próbuje poruszać się w ciemnościach - niby wie co i jak, stara się nie wpaść na żadne przeszkody, a jednak nie za bardzo mu to wychodzi. Także i niektóre wypowiedzi bohaterów mogłabym określić mianem „oczywistych oczywistości” - wydawały się być zbędne i absolutnie niczego nie wnosiły do fabuły.
Skoro już mowa o postaciach - także i tutaj pojawia się dosyć ciężki orzech do zgryzienia. Miałam wrażenie, jakby autorka nie do końca wiedziała, jakie osobowości przypisać poszczególnym bohaterom. Ich niektóre zachowania całkowicie sobie przeczyły, były odrobinę nielogiczne, a przede wszystkim były bardzo sprzeczne z głównym założeniem - aby plan Connera powiódł się i został zachowany w tajemnicy. Właśnie to dziwiło mnie najbardziej, ta niekonsekwencja w ich zachowaniach wobec idei przyświecającej fabule „Fałszywego księcia”. Fakt faktem jednak, iż uważam tę książkę za powieść udaną i z całą pewnością sięgnę po jej kontynuację, a także po zakończenie tej trylogii.
Ocena: 7/10