1 listopada 2014

Dziedzic wojowników, Cinda Williams Chima

Kilka tygodni temu spotkałam się z naprawdę fantastyczną książką, której jednak nie udało mi się zrecenzować, a która do tej pory nie potrafi opuścić z moich myśli i wciąż jest przeze mnie wspominana. Tą książką był „Król Demon” tej samej autorki, którego czytało mi się naprawdę przyjemnie i z dużą radością przewracałam każdą kolejną kartkę. Po tak znakomitym sukcesie „Króla Demona” nie ukrywam, że i po „Dziedzicu wojowników” spodziewałam się czegoś naprawdę dobrego, zajmującego i gwarantującego świetnie spędzony czas, jakiego doświadczyłam wcześniej. Jak wielkim zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, iż książka okazała się czymś naprawdę trudnym do przebrnięcia, z czym musiałam zmagać się przez dosyć długi czas. 

W „Dziedzicu wojowników” poznajemy głównego bohatera o imieniu Jack Swift, który jest zwykłym nastolatkiem uczęszczającym do pobliskiego gimnazjum w małym, niepozornym miasteczku. Pewnego dnia Jack zapomina zażyć specyfik, który wypija od urodzenia i wraz z tą chwilą ujawnia się dawno skrywana tajemnica. Okazuje się bowiem, iż Jack jest ostatnim przedstawicielem rodu wojowników, którego ścigać zaczynają niebezpieczni czarodzieje Białej i Czerwonej Róży, pragnąc wykorzystać chłopaka do własnych celów.

Niemal prawdziwym cudem jest, gdy do gustu przypadnie mi książka przeznaczona raczej dla czytelników znacznie młodszych ode mnie - za taką właśnie powieść uznaję „Dziedzica wojowników”, której pierwsze kartki co prawda zapowiadały dosyć interesującą historię, dalsze strony jednak nie spełniły moich wymagań. Wydaje mi się, że autorka napisała tę książkę z myślą o czytelnikach młodszych niż 20 lat, co udało mi się odczuć już przy pierwszych kartkach tej historii.

Czytając tę powieść nie byłam w stanie wykrzesać z siebie ani odrobiny entuzjazmu, co sprawiło, że czytało mi się tę powieść dosyć żmudnie i w wielu momentach aż do bólu powolnie. Nie raz liczyłam ilość stron, jaka pozostała mi do ukończenia tej książki, a jest to chyba najgorszy z możliwych znaków, że czytana historia jest niezadowalająca. Mało zaskakująca i intrygująca fabuła jedynie spotęgowała przekonanie, że mam do czynienia z wybitnie nieinteresującą powieścią, o której po przeczytaniu szybko zapomnę. Jakby tego było mało, sami bohaterowie nie wywarli na mnie większego wrażenia - nijacy, niezbyt wyróżniający się i w szczególności niebudzący we mnie ani krzty sympatii, która mogłaby wywołać poczucie empatii czy zżycia się z nimi.

Śmiało mogę uznać, iż książka otwierająca cykl „Siedem Królestw” wypadła w moich oczach znacznie lepiej niż „Dziedzic wojowników”, który niestety nie przypadł mi do gustu. Nie jest to powieść z gatunku tych, które miałabym ochotę ukryć jak najgłębiej i nigdy na nie nie patrzeć, prawda jest jednak taka, że z pewnością nie będę tej książki miło wspominać. Nie zżyłam się z historią i bohaterami, nie czułam wzruszenia czy jakiegokolwiek napięcia wywołanego akcją, nie doświadczyłam zapierających dech w piersiach zwrotów wydarzeń, nie czułam również satysfakcji z przeżywania przedstawionej przez autorkę historii. Po kolejne części cyklu „Kroniki Dziedziców” raczej nie sięgnę, za to kontynuacji „Króla Demona” z pewnością sobie nie odmówię.

Ocena: 3/10
Copyright © 2016 Złodziejka Książek , Blogger