27 stycznia 2017

Trylogia Klejnot, Amy Ewing


Od dawna miałam ochotę na przeczytanie lekkiej, odprężającej książki bądź trylogii, która jednocześnie będzie naprawdę dobra. Niestety niezbyt często spotykam się z niezobowiązującymi, nieco może nawet „odmóżdżającymi” lekturami, które również szczerze mi się spodobają i nie sprawią, że będę miała ochotę rzucić nimi w kąt. O trylogii „Klejnot” czytałam wiele różnych opinii, zdarzały się te bardzo negatywne, które wspominały o wszelkich możliwych błędach popełnionych przez autorkę, większość chwalących jednak te książki recenzji sprawiła, że nim się obejrzałam miałam ją już w swoich rękach, która okazała się dla mnie strzałem w dziesiątkę. 

Trylogia ta opowiada historię Violet, która urodziła się i wychowywała na Bagnie, została wyszkolona na surogatkę dla arystokracji, ponieważ w Klejnocie jedyną rzeczą ważniejszą od bogactwa jest potomstwo. Kupiona na aukcji surogatek przez Księżną Jeziora i przywitana uderzeniem w twarz, Violet (znana teraz jedynie jako nr 197) szybko poznaje brutalną prawdę, kryjącą się za błyszczącą fasadą Klejnotu: okrucieństwo, dwulicowość i skrywana przemoc, które stały się stylem życia arystokracji. Violet musi zaakceptować brutalną rzeczywistość… i starać się pozostać przy życiu. 

Już patrząc na same okładki tej trylogii nie można nie dostrzec małego podobieństwa do serii „Selekcja” Kiery Cass, niemniej jednak gdy zajrzy się do wnętrza tych powieści owo podobieństwo robi się już bardziej oczywiste. „Klejnot” bowiem naprawdę bardzo mocno przypominał mi serię Kiery Cass pod wieloma względami (klimatem, budową świata, kreacją głównej bohaterki, tym całym motywem wywodzenia się z biednej kasty i rzucenia na głęboką wodę wśród arystokratów) z tą jednak różnicą, że każdy opisany przez Amy Ewing element wypada znacznie lepiej w porównaniu z „Selekcją”. O ile „Rywalki” spodobały mi się naprawdę mocno, o tyle dwie pozostałe książki, które przeczytałam, były do tego stopnia słabe, że zaczęłam pałać niechęcią do całej serii. W przypadku „Selekcji” znienawidziłam wszystkich bohaterów oprócz jednego (Aspena), w „Klejnocie” natomiast lubiłam nawet tych, którzy skutecznie utrudniali mi zapałanie do nich sympatią.

Violet, główna bohaterka tej trylogii jest naprawdę fajnie wykreowaną postacią, której polubienie było zaskakująco proste. Spodobało mi się w niej to, że pomimo ograniczonych możliwości i braku szansy na jakikolwiek (początkowo) bunt (gdyż skutkowałoby to jej natychmiastową śmiercią) potrafiła jednak znaleźć obejście wobec wszystkich zakazów, które jej postawiono. Bardzo silnie wspierała to, w co naprawdę wierzyła, nie porzucała przyjaciół, którzy znaleźli się w potrzebie pomimo tego, że jakakolwiek pomoc z jej strony skutkowałaby dla niej bardzo dotkliwą karą. Silnie trwała obok tego, w co głęboko wierzyła i nie poddawała się przy pierwszych pojawiających się trudnościach. Violet rozkwita na kartach tej trylogii, co najbardziej można zauważyć z pierwszego na drugi tom – bardzo cieszy mnie rozwój jej postaci, gdyż naprawdę szczerze nie lubię bohaterów, którzy przez cały czas stoją w miejscu i nie wykazują jakichkolwiek zmian w swoim charakterze. Violet z całą pewnością taka nie jest. 

„Klejnot” w całości opiera się na motywie niewolnictwa, choć nie dokładnie w taki sposób, jaki znamy to z historii. Arystokracja rości sobie prawa do życia nie tylko biedniejszych ludzi, ale przede wszystkim – do ciała i życia kobiet, które zmuszone są (jeżeli tylko nadają się do bycia surogatkami) rodzić im dzieci, a jakakolwiek najdrobniejsza nawet oznaka buntu skutkować będzie ich natychmiastową śmiercią. Temat, pomimo tego, że do najlżejszych zdecydowanie nie należy, został podjęty przez autorkę z zaskakującą precyzją, sprawiając, że nie raz podczas czytania tych powieści gotowała się we mnie krew na widok wszelkiej niesprawiedliwości.

Amy Ewing porusza w swoich książkach również kilka innych tematów, które myślę, że przypadną do gustu osobom przepadającym za historiami niczym z baśni: miłość w niewoli, kontrast między niezwykle bogatą arystokracją, a biednym pospólstwem, magia oraz dworskie intrygi. Wszystko to ujęte jest bardzo prostym językiem autorki, który momentami niestety jednak wydawał mi się nieco zbyt prosty. Styl Amy Ewing pozbawiony jest bowiem emocji, które sprawiłyby, że czytając tę trylogię będę ją przeżywać, że będę odczuwała gamę wszelakich emocji, począwszy od radości, skończywszy na smutku i wzruszeniu. Pomimo tego, że trylogia ta przypadła mi do gustu, większych poruszeń niestety zostałam pozbawiona. 

Z całą pewnością nie zaszkodziłoby tej trylogii drobne spowolnienie akcji, w szczególności w przypadku „Czarnego klucza”, gdyż to w jego przypadku najlepiej można zauważyć, jak szybko toczą się opisane wydarzenia. Chwilami nawet zbyt szybko, w przypadku wszystkich trzech książek, a już w szczególności zakończenia tej trylogii, miałam wrażenie, że ledwo co wzięłam tę książkę w ręce, a już muszę odłożyć ją na półkę. W „Czarnym kluczu” wydarzenia niestety zlewały mi się w jedno, pomimo tego, że było ich naprawdę bardzo mało.

Mimo wszystko jednak z czystym sumieniem mogę polecić wam tę trylogię, według mnie jest ona naprawdę warta przeczytania, idealna na dłuższy, deszczowy dzień. Wystarczy opatulić się w koc, zrobić sobie ciepłą herbatę i sięgnąć po te książki, w których wszystko jest możliwe, a motyw „walcz albo zgiń” może dostarczyć wam kilka solidnych uciech. Jeżeli zdecydujecie się na kupno pierwszej części tej trylogii, z góry uprzedzam, że najlepiej będzie, jeżeli od razu zakupicie także i drugą część - „Klejnot” i „Biała róża” kończą się bowiem niesamowitymi cliffhangerami, które sprawiają, że naprawdę ciężko jest się oprzeć sięgnięciu po kontynuację. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.