30 kwietnia 2013

Kroniki krwi, Richelle Mead


Doskonale pamiętam, jakie emocje towarzyszyły mi podczas czytania „Akademii Wampirów” tej autorki, pamiętam również, w jakim tempie dosłownie pochłonęłam trzy ostatnie tomy z tej serii. Ta sześciotomowa historia Rose Hathaway rozkochała mnie w sobie od samego początku, nie pozostawiając złudzeń, że na stałe zapisze się w mojej pamięci. To właśnie podczas czytania ostatnich trzech tomów dowiedziałam się o tym, że powstanie kolejna seria, która będzie nawiązywała do świata wampirów, przygód Rose, Lissy i Dymitra, ale przede wszystkim alchemiczki Sydney, którą mieliśmy możliwość poznać podczas zakończenia „Akademii...”. Bardzo się z tego powodu ucieszyłam, jednak nie robiłam sobie nadziei, że i ta seria zdobędzie moje serce, bo główną bohaterką będzie zupełnie inna postać, której daleko do tej Rose, którą pokochałam całym sercem. Mimo wszystko z sympatii do „Akademii...” sięgnęłam po pierwszy tom i, przyznaję szczerze, całkowicie się w nim zatraciłam. 

Sydney narobiła sobie sporych kłopotów pomagając oskarżonej o morderstwo królowej, uciekinierce Rose Hathaway. Teraz, aby udowodnić swoją wierność alchemikom, których zadaniem jest strzeżenie sekretu wampirów i dbanie o to, aby świat ludzki nie dowiedział się o ich istnieniu, Sydney musi ochraniać morojską księżniczkę Jill i wykazać się ogromnym profesjonalizmem, aby jej motywy znów nie zostały poddane jakimkolwiek wątpliwościom. Życiu Jill zagrażają zamachowcy, jednak nie tylko to jest zmartwieniem Sydney, która zaczyna prowadzić prywatne śledztwo, starając się jednocześnie, aby zbytnio nie zbliżyć się do żadnego moroja. Cóż, trzeba przyznać, że zdecydowanie nie jest to łatwe zadanie, szczególnie, gdy w pobliżu znajduje się Adrian Iwaszkow - arogancki wampir ze złamanym sercem. 

Akcja tej książki rozkręca się już od pierwszych stron, jednak przyznaję szczerze, że choć wciągnęłam się w tę książkę natychmiastowo, to nie mogłam się do niej całkowicie przekonać. Jak wspomniałam na samym wstępie, cały czas brakowało mi tutaj obecności Rose, która choć pojawia się w pewnym momencie, to jest to tylko chwilowe i zdecydowanie niesatysfakcjonujące. Nie chciałam jednak oceniać tej książki całkowicie poprzez pryzmat mojego przywiązania do bohaterów „Akademii...” i wszystkiego, co miało w tej serii miejsce. Nie musiałam się też zbytnio starać „przyzwyczaić” do głównej bohaterki i jej przygód, bo naprawdę szybko zostałam przez tę historię porwana, a sama Sydney równie szybko stała się moją ulubienicą.

Jeżeli miałabym opisać tę książkę za pomocą jednego tylko słowa, byłby to zdecydowanie wyraz „soczysta”, bo nie mogę ukrywać, że „Kroniki krwi” obfitują w wiele ciekawych elementów. Znajdziemy tutaj wątek romantyczny, nawet nie jeden, choć z tym „dziwnym napięciem” pomiędzy Sydney a Adrianem, zapowiedzianym na tylnej okładce książki raczej bym nie przesadzała. Jest tu także wiele humorystycznych momentów, zabawnych dialogów, szczególnie tych, które mają związek z Iwaszkowem, bo osoby mające za sobą „Akademię wampirów” na pewno pamiętają, jaki charakterek posiada ten moroj. „Kroniki krwi” to także lektura posiadająca momenty nieco frustrujące, a przynajmniej moją osobę, bo nie raz denerwowałam się z powodu nieporadności głównej bohaterki w potyczkach słownych z niektórymi postaciami. Starałam się zrozumieć jej sytuację, biorąc pod uwagę fakt, w jakim środowisku i w jaki sposób została wychowana, jednak nie było to zbyt łatwe. Nie mogę również narzekać na mozolność akcji, bo według mnie toczy się ona wartko, w zadowalającym tempie, a sama książka zawiera fantastyczne rozwikłanie całej historii i jeszcze lepsze jej zakończenie, po którym już teraz mam ochotę zabrać się za drugą część. I na pewno bym to zrobiła, gdyby nie fakt, że mam w kolejce jeszcze kilka innych książek. 

Nie od razu mogłam przekonać się do głównej bohaterki. Już w „Akademii...” potraktowałam ją całkiem obojętnie, nie zwracając zbytniej uwagi na tę postać. Być może przyjrzałabym się jej uważniej, gdybym wiedziała, że w kolejnej serii Richelle Mead Sydney będzie grała główne skrzypce, jednak wcale tego nie żałuję, bo tak jakby poznałam tę bohaterkę od samych podstaw. Trochę denerwowało mnie jej podejście do morojów, do ich magii i praktyk, jednak biorąc pod uwagę środowisko i sposób, w jaki się wychowała (czyli coś, co napisałam już wcześniej) nie mogę się temu dziwić. Mam nadzieję jednak, że w przyszłych tomach Sydney pozwoli sobie na nieco więcej swobody, nie tracąc jednocześnie swojego profesjonalizmu, z jakim traktuje bycie alchemiczką. Całkowicie jednak mogę przyznać, że postać ta szybko mnie do siebie przekonała, znacznie szybciej, niż robią to bohaterki wielu innych książek, nie tylko fantastycznych. Być może jest to zasługa tego, że pokładam wielkie zaufanie w intencjach autorki, bo po „Akademii...” wiem, że Richelle Mead w niczym mnie nie zawiedzie (i obym się nie myliła!). 

Zapewne można się tego spodziewać, jako, że „Kroniki krwi” powiązane są z poprzednią serią tej autorki i wiele razy na kartach tej powieści wspominane są wydarzenia i bohaterowie „Akademii wampirów”, jednak naprawdę spodobało mi się to, w jaki sposób „Kroniki...” zawierają klimat wspominanej już serii. W pewnej chwili ma się wręcz wrażenie, że jest to kolejny tom historii Rose i gdyby nie zupełnie inna główna postać, można by oczekiwać pojawienia się strażniczki Hathaway wraz z przyjaciółmi. Być może jest we mnie troszkę żalu, że jej historia dobiegła już końca i nawet teraz, pomimo szczerego zachwytu tą książką, ciężko jest mi się pogodzić z tym, że już więcej nie sięgnę po kontynuację „Akademii...” i nie doczekam się dalszych losów Rose. Mimo wszystko jest o tyle dobrze, że w „Kronikach krwi” akcja toczy się niedługo po zakończeniu „Ostatniego poświęcenia” i kilka razy wspominane jest to, co dzieje się z Lissą czy Rose. Nie za wiele, jednak lepsze to niż nic.

Podsumowując, zdecydowanie zachęcam do sięgnięcia po tę książkę. Jeżeli ktoś jest niezdecydowany - polecam porzucić wszelkie obawy i dać się porwać nowym, wciągającym przygodom Sydney. Mimo wszystko radzę zapoznanie się wcześniej z serią „Akademia wampirów”, bo już pomijając sam fakt, że obie serie są ze sobą ściśle połączone, to kilkukrotne wspominanie przygód z tamtej serii w niczym nie zastąpi przeczytania jej i dowiedzenia się, o co dokładnie chodzi. „Kroniki krwi” uznaję za doskonały początek nowej serii, której na pewno nie porzucę i z wielką chęcią zabiorę się za kolejny tom.

Ocena: 8/10

21 komentarzy:

  1. Nie słyszałam o tej serii, ale bardzo mnie zaciekawiła. Lubię też kiedy w danej powieści pojawiają się wątki romantyczne i humorystyczne, dlatego chętnie przeczytam cały cykl „Akademia wampirów”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki serii Akademia wampirów moja znajoma polubiła czytać, co na pewno dobrze o niej świadczy, chociaż wiadomo, że ludzie mają różne upodobania. :) Ale mimo iż ta seria ma 6 tomów, to czyta się je w tempie ekspresowym - znam to z własnego doświadczenia.

      Usuń
    2. Ja również po przeczytaniu serii książek o Rose zaczęłam bardzo dużo czytać. A poza solidaryzacją również polecam Akademię Wampirów jako lekturę bardzo wciągająca:)

      Usuń
  2. Kidyś na pewno, jak skończę czytać całą "Akademię wampirów" :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, zazdroszczę Ci tego, że pierwszy raz przeżywasz wszystko, co ma związek z Akademią..., dużo bym dała, żeby wrócić do tego okresu, a nie mam niestety czasu, żeby przeczytać tę serię od początku. ;)

      Usuń
  3. Po Akademii Wampirów mam ochotę na tę serię, a Twoja recenzja wzbudza optymizm

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama książka wzbudziła we mnie wiele optymizmu i przyjemnie zaskoczyła, dlatego też nie sposób było nie napisać takiej recenzji. ;)

      Usuń
  4. Mam uraz do wampirów, za dużo tego na rynku wydawniczym :-D Obejrzałem jeden sezon Pamiętników Wampirów i muszę odsapnąć. Przynajmniej kilka lat :-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętniki wampirów to totalna żenada, serial i książki (książki tym bardziej). :) Akademia... też ambitna nie jest, ale to jedna z dwóch serii o wampirach, które uwielbiam (razem z książkami J.R. Ward). :)

      Usuń
  5. Akademię bardzo miło wspominam, a książkę mam w planach już od dawna, ale nie było okazji żeby się w nią w końcu zaopatrzyć. Gdyby nie to, że kompletnie o niej zapomniałam to byłaby już u mnie i czekała na swoją kolej. Skleroza nie boli...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ważne, że sobie przypomniałaś! ;) Ja sama też nie od razu zabrałam się za te książki, dopiero teraz je zdobyłam, a premiera pierwszej części była w 2011 roku, jednak lepiej późno niż wcale. :)

      Usuń
  6. Czytałam jedynie pierwszą część "Akademii wampirów" , ale mam za sobą też całą serię o sukubach, która bardzo mi się spodobała. Muszę powiedzieć, że Richelle Mead jest niezwykle utalentowaną pisarką, bo jak widzę, jakiej by serii nie zaczęła to i tak okazuje się ona świetna i wciągająca. Jak tylko skończę "Akademię..." biorę się za "Kroniki krwi":)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serii i Sukubie jeszcze nie czytałam, ale mam ją na uwadze i kiedyś na pewno się za nią zabiorę. Urzekła mnie twórczość Mead, więc chciałabym poznać jej wszystkie książki. ;)

      Usuń
    2. Seria o Sukubie bardzo polubiłam, ze względu na humor, przy którym naprawdę można się uśmiać;) Georgina jest genialna i polubisz ją tak samo jak Rose :)

      Usuń
  7. A mnie jakoś nie ciągnie do "Akademii wampirów", także i tę książkę sobie odpuszczę. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Na pocztaku, gdy czytalam twoja recenjze, to nie bylam przekonana, ale twoje zapewnienia to zmienily.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zakochałam się w Akademii wampirów od pierwszego tomu. Jakieś trzy tygodnie temu skończyłam czytać Ostatnie Poświęcenie. Z bólem czytałam ostatnie strony, bardzo przywiązałam się do bohaterów i książki. Jeszcze podczas czytania całej serii zobaczyłam że Akademia ma swój spin-off. Bardzo chciałam go przeczytać ale gdy tylko przeczytałam pierwsze trzy strony Kronik Krwi odłożyłam książkę na bok. Nie mogłam znieść myśli że nie będzie ona o Rose. Oczywiście kiedyś serię przeczytam, ale na razie muszę jeszcze odetchnąć po Akademii.
    Wiem to śmieszne, ale bardzo przywiązuję się do książek i przeżywam je zawsze bardziej niżby należało. Taka już moja natura.

    OdpowiedzUsuń
  10. Dzięki za podesłanie linka do recenzji,
    dodałam ją do wyzwania
    pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. łał, cieszę się, ze Ci się podobała. Mnie akurat aż tak Rose nie było brak... i naprawdę nie wiem czemu, szczególnie że byłam przywiązana do tej bohaterki. Jednak również szybko przyzwyczaiłam się do Sydney, która okazała się ciekawą postacią. No i naturalnie nie można zapomnieć o Adrianie, którego zawsze uwielbiałam, a który miał tutaj większe pole do popisu niż w AW ^^ I te sceny z nim... ciągle się uśmiechałam :)

    OdpowiedzUsuń
  12. To ja zaczęłam od końca.

    Najpierw zaczytałam się w Kronikach Krwi. I jestem obecnie po 4 części - i musze czekać aż do lipca za wydaniem ostatniej z tej serii... Nie doczytałam tego faktu - i gdybym to wiedziała, to nie sięgałabym po te pozycje bo nie lubie czekać... Książki polecam - bardzo fajnie - i nawet ja, która nie lubuje się w tym klimacie bardzo jestem zachwycona.

    Zastanawiam się tylko czy teraz warto mi czytać Akademię? Czy nie za bardzo mi się pomiesza? |I czy moje wyobrażenia w tym temacie nie są zbyt wygórowane... Cóż, pokusa jest chyba zbyt duża...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.