18 maja 2013

Papierowe miasta, John Green



„Papierowe miasta” to moje drugie spotkanie z tym amerykańskim autorem. Po jego fenomenalnej powieści pt. „Gwiazd naszych wina” za osobisty cel postawiłam sobie przeczytanie wszystkich jego książek, jakie tylko ukażą się na naszym polskim rynku. Długo nie musiałam czekać, z czego też się bardzo cieszę, bo byłam ogromnie ciekawa jak wypadają jego inne książki na tle tej, która najbardziej przyczyniła się do jego sławy i rozpoznawalności na całym świecie. Jak się okazało, książka ta jest w zasadzie zupełnie inna w porównaniu z wcześniej czytaną przeze mnie lekturą Greena, jednakże w pewnych momentach pojawiają się te same elementy, które zwróciły moją uwagę w „Gwiazd naszych winie”. Nie mam na myśli tutaj braku oryginalności, wydaje mi się wręcz, że w końcu poznałam w czym tkwi sekret jego twórczości i udało mi się wychwycić coś charakterystycznego, z czym - jak mi się wydaje - spotkam się również w innych jego książkach. 

Margo Roth Spiegelman i Quentin Jacobsen poznali się już w dzieciństwie i można uznać, że już jako szkraby stali się najlepszymi przyjaciółmi. Z biegiem czasu niestety więź ta zaczęła zanikać i wkrótce Quentinowi pozostało tylko wspomnienie o tej bliskiej znajomości. Jednak w pewnym momencie - w kilka tygodni poprzedzających zakończenie szkoły - Margo prosi Quentina o przysługę, po czym znika, pozostawiając po sobie wskazówki, które tylko Quentin może zrozumieć i podążyć nimi, aby ją odnaleźć. Czy jednak Quentinowi uda się sprowadzić Margo do domu całą i zdrową? I co najważniejsze - czy w ogóle uda mu się ją odnaleźć?

Książka ta nie jest wybitnie wzruszająca, nie uderza też w żaden czuły zmysł czytelnika w taki sposób, że nie pozwala mu odetchnąć. Według mnie „Papierowe miasta” to idealna książka na to, aby po prostu oderwać się od świata i na chwilę zapomnieć o własnym życiu. Bo co jak co, jednak autor z mistrzowską precyzją wciąga czytelnika w świat przygód Quentina i jestem pewna, że gdyby nie mnóstwo obowiązków i przede wszystkim matury to pochłonęłabym tę książkę w jeden wieczór.

John Green stworzył piękny, niezwykle wyrazisty świat nastolatka i jego przyjaciół, którzy właśnie zbliżają się ku zakończeniu roku i opuszczeniu murów szkoły na zawsze. Nie jest to jednak książka jedynie o problemach uczniowskiego życia (tego emocjonalnego również), autor umiejętnie wplata w akcję elementy, które mogą zachęcić czytelnika do głębszych przemyśleń. I jest to właśnie ten aspekt, o którym wspomniałam na początku i co do którego mam wrażenie, że jest nieodłączną cechą twórczości Johna Greena. Nie są to pseudofilozoficzne wywody, nie jest to silenie się na bycie mądrym. Te elementy, które autor zawarł w swojej książce jako chwilę kontemplacji są idealnie odpowiadające umysłowi nastolatka, nie są one nad wyraz mądre, nie są sztuczne, nie można je nazwać także wywodami, które są przepełnione patosem. Przyznam szczerze, że pod tym względem książki Greena staną się, w sumie już są, skarbnicą wiedzy na temat człowieka, życia i naszego wyobrażenia o innych osobach. 

Bohaterowie „Papierowych miast” są tak świetni, że polubiłam ich już od samego początku... niestety nie wszystkich. Główna postać, Quentin oraz jego przyjaciele to barwne charaktery, bohaterowie pełni życia, wszyscy jednak niemalże diametralnie się od siebie różnią. Każdy z nich jest inny i ta inność jest wyraźnie wyczuwalna. Zdecydowanie nie można zarzucić Greenowi braku oryginalności czy nieumiejętności w kreowaniu swoich postaci. Z resztą wcale mnie to nie dziwi, widać, że autor przykłada dużą wagę do tworzenia bohaterów, bo jak sam kiedyś wyznał, nie lubi, gdy nastolatków uważa się za głupich.* Kreuje ich z rozmysłem, nie umniejsza wartości żadnej z postaci. Takiej oryginalności zdecydowanie można się spodziewać. 

Niestety nie wszystkich bohaterów udało mi się polubić i właśnie takim wyjątkiem jest sama Margo - masz ci los! - dookoła której kręci się cała historia. Autor nie od razu zapoznaje czytelnika z jej charakterem, zostawia sobie trochę czasu na przedstawienie go, wyeksponowanie w pełni, jednak pomimo całego wytłumaczenia jej postępowań i zachowania, nie byłam w stanie spojrzeć na Margo sympatyczniejszym okiem i wciąż mam ją troszkę za samolubną egoistkę.

Co również bardzo mi się w tej książce spodobało, to samo to, że każdy z bohaterów dostaje swoje 5 minut. Żaden z nich nie jest zaniedbany, mam głównie na myśli bohaterów drugoplanowych, bo choć akcja krąży wokół Quentina, to jego przyjaciele również są bardzo ważnym elementem tej książki i w całej historii odgrywają wielką rolę. Akcja toczy się wartko, ja sama dosłownie płynęłam przez tę książkę i gdybym mogła przysiąść do niej tak, że nie musiałabym jej odkładać z powodu ważniejszych obowiązków, to na pewno skończenie jej zajęłoby mi kilka godzin. „Papierowe miasta” najcieńsze nie są, jednak czyta się je w ekspresowym tempie. Jest to powieść, do której z pewnością w przyszłości powrócę, bo choć może nie spustoszyła mnie ona emocjonalnie w takim stopniu, w jakim zrobiła to „Gwiazd naszych wina”, to z pewnością długo o niej nie zapomnę. 

Ocena: 9/10

* Kiedyś rzucił mi się w oczy fragment wypowiedzi Greena, na jednej z zagranicznych stron i mniej więcej taki był jej sens.

Powróciłam, matury mam już za sobą, a przed sobą masę książek, które czekają na przeczytanie (wakacje!). Dziękuję Wam za wszystkie komentarze pod wcześniejszym postem, później na nie odpowiem. :)
Copyright © 2016 Złodziejka Książek , Blogger