9 lipca 2014

Bitwa w Labiryncie, Rick Riordan

Minął niezwykle krótki odstęp czasu od momentu, w którym przeczytałam „Klątwę Tytana”, a zabrałam się za „Bitwę w Labiryncie” i chyba po raz pierwszy w tak szybkim tempie zabrałam się za czytanie dwóch książek po sobie, co jak do tej pory nie spotkało mnie chyba ani razu. Kiedy jednak ma się do czynienia z tak znakomitą serią, co nie raz już w recenzjach poprzednich tomów podkreślałam, wówczas chciałoby się dosłownie pochłonąć każdą kolejną część na raz, aby jak najszybciej dowiedzieć się, jak potoczą się dalsze losy bohaterów.

Kłopoty w nowej szkole to już dla Percy'ego dosyć oklepany schemat, przed którym chłopak nie jest w stanie uciec. Tym razem bohater napotyka na swojej drodze dwie demoniczne cheerleaderki, które zamierzają obrócić go w pył oraz po raz kolejny spotyka tajemniczą nieznajomą, którą poznał kilka miesięcy wcześniej. Niestety Percy nie ma czasu na nadrabianie zaległości towarzyskich, wojna pomiędzy bogami a tytanami zbliża się nieubłaganie, a żeby herosi byli w stanie choć odrobinę udaremnić plany Luke'a, muszą wybrać się do Labiryntu - pełnego potworów i niebezpieczeństw miejsca.

„Bitwa w Labiryncie” to książka niewiele grubsza od swojej poprzedniczki, na pierwszy rzut oka widać zaledwie minimalną różnicą pomiędzy ilością stron, a jednak zawartość obu książek diametralnie się różni. Czytając tę książkę nie mogłam uwierzyć, jak wiele wydarzeń autor jest w stanie wcisnąć w tak cienką powieść, a wszystko to skompresować w idealnie pasujący do siebie sposób. Unikając dłużyzn, zbędnego pośpiechu czy po prostu gadki o niczym. Byłam zaskoczona tym, jak wiele akcji znajduje się w tej lekturze i jak wiele przygód spotyka głównych bohaterów. To trochę tak, jakbym miała do czynienia z TARDIS poprzez fakt, iż „it's bigger on the inside”. Niesamowite doświadczenie.

Chwile sielanki skończyły się już w poprzednim tomie, na samym jego początku można było wyczuć zmieniający się klimat, ale to właśnie w tej części mamy ostateczne potwierdzenie tego, co nieuniknione. Wciąż jeszcze wita czytelnika cudownie lekki humor autora, w niektórych momentach wręcz wskazany, aby rozładować atmosferę, bardzo przyjemna i luźna narracja, którą pokochałam już długi czas temu oraz przede wszystkim konkrety. Mimo wszystko atmosfera zdecydowanie się zagęszcza a nad pięknym niebem w Obozie Herosów pojawiają się ciemne, mroczne chmury. Jak już wcześniej wspomniałam, w słowniku tego autora zapewne nie istnieje definicja słowa „dłużyzna” i chwała mu za to. Rick Riordan już od pierwszych stron porywa czytelnika ciekawą, wartką akcją, która pędzi w zawrotnym tempie i nie pozwala odetchnąć ani na chwilę. Tak wiele wrażeń w tak niewielkiej książce to coś, czego nigdy bym się nie spodziewała! 

Oczywiście znacie już ten schemat: główny bohater pakuje się w kłopoty, wraca do Obozu Herosów i stamtąd wyrusza z misją, podczas której towarzyszyć mu będą najbliżsi przyjaciele. Nie jest to jednak schemat w negatywnym tego słowa znaczeniu, ponieważ w żadnym momencie nie doprowadził mnie on do ziewania (jeszcze czego!) czy odkładania tej książki na półkę co pięć minut w celu zainteresowania się czymś innym (jeżeli jakakolwiek książka Ricka Riordana do tego doprowadzi, będę zmuszona uznać, iż tracę rozum). Prawda jest taka, że gdy raz usiadłam do czytania tej książki, nie byłam w stanie się od niej oderwać do momentu, aż mogłam odłożyć tę książkę na półkę. Po raz kolejny gorąco zachęcam do zapoznania się z tą serią, są to jedne z najlepszych książek, z jakimi kiedykolwiek się spotkałam.

Ocena: 10/10
Copyright © 2016 Złodziejka Książek , Blogger