7 lipca 2014

Królewski wygnaniec, Fiona McIntosh

Od dłuższego czasu miałam ochotę na naprawdę dobre, pełnokrwiste fantasy lub chociażby jakąkolwiek książkę, która mogłaby takie typowe fantasy przypominać. Jako, że moje wrodzone lenistwo wzięło górę, zdecydowałam się na ograniczenie wyboru do książek, które posiadałam już na swoich regałach. Wybór dosyć szybko padł na „Królewskiego wygnańca”, którego opis, okładka oraz dosyć obiecujące recenzje wskazywały, że właśnie z tego typu powieścią będę miała do czynienia. Owszem, otrzymałam dosyć dobrą o tej tematyce opowieść, aczkolwiek nie tak dobrą, jak mogłabym to sobie wymarzyć. 

Kiedy Penraven - najbogatsze i najpotężniejsze królestwo Koalicji Denova zostaje zdobyte przez bezwzględnego i żądnego władzy Loethara, ludzie wiedzą, że nie ma miejsca, w którym mogliby czuć się bezpiecznie. Nie wtedy, kiedy nowy imperator zrobi wszystko, aby zdobyć to, czego najbardziej pożąda - cudownej, legendarnej mocy Valisarów, która zwie się Urokiem. Niestety, jedyna osoba, która mogłaby być w jego posiadaniu uciekła z zamku za pomocą zaufanego żołnierza. Leo, młody król, wie jednak, że nie może ukrywać się przez wieczność, pragnie również dowiedzieć się znacznie więcej o tajemniczym dziedzictwie Valisarów, o którym obecnie wiadomo tak niewiele.

„Królewski wygnaniec” to naprawdę świetna, przemyślana, z rozmysłem napisana historia, którą byłabym w stanie naprawdę mocno pokochać, gdyby nie jeden, dosyć istotny mankament, który mi na to nie pozwolił. Mam tutaj na myśli styl autorki, gdyż jej język w najmniejszym nawet stopniu nie był w stanie mnie zachwycić i nie pozwolił na 100% cieszenie się z czytanej powieści. Wiem dobrze, że nie jest to debiut Fiony McIntosh, dlatego tym bardziej dziwi mnie to, jak słabym językiem napisana jest ta historia. Styl autorki sprawia, że dialogi i monologi bohaterów wydają się być nienaturalne, momentami przepełnione patosem, czasami wręcz bezmyślnością i zbyt nieudolną pompatycznością. To trochę tak, jakbym oglądała sztukę teatralną - i to tą zdecydowanie niższych lotów.

Co jednak mnie cieszy, to fakt, że styl pisarki to jedyny minus, który wpadł mi do głowy podczas czytania tej książki. Gdyby nie on, byłabym wówczas w 100% zachwycona tą powieścią, ponieważ napisana jest w niezwykle przemyślany sposób, a świat wykreowany został z dbałością o nawet najmniejsze detale. Czytelnik ma okazję poznać historię nie tylko wewnątrz zamku, ale również poza jego granicami, dzięki wieloosobowej narracji poznajemy wiele różnych punktów widzenia, poprzez osoby, które znajdują się w wielu różnych, oddalonych od siebie miejscach. Cieszę się, że autorka zadbała o ten element, gdyż niektóre książki wręcz proszą się o wieloosobową narrację, jednak nie zostają nią obdarowane.

Przyznam szczerze, że całkiem mocno zaskoczyła mnie brutalność tej powieści, ponieważ dawno nie spotkałam się z książką, w której zachowania bohaterów, ich decyzje byłyby tak bezwzględne i krwawe. Owszem, czytywałam ostatnio książki, w których występowała pewna doza agresji, jednakże autorzy decydowali się na ułagodzenie niektórych scen, aby być może nie przerazić zbytnio czytelnika. Fiona McIntosh jednak stawia na całkowitą bezpośredniość, a jej historia pełna jest krwi i odciętych głów (dosłownie).

Polecam tę książkę każdemu, kto lubi fajną fantastykę, z ciekawymi bohaterami i z walką o władzę. Pomimo tej dosyć sporej ilości krwi i brutalnych zachowań niektórych postaci mogę śmiało zachęcić do przeczytania tej historii. Nie jest to najcieńsza książka, aczkolwiek czyta się ją bardzo szybko, lekko i choć nieco słaby język autorki trochę utrudnia to zadanie, to ciekawe zwroty akcji zdecydowanie wynagradzają te ubytki. 

Ocena: 7,5/10
Copyright © 2016 Złodziejka Książek , Blogger