23 stycznia 2015

Rozmawiamy: Ghostwriting


Być może nie wszyscy z Was są zaznajomieni z pojęciem, jakim jest ghostwriting, dlatego zanim przejdę do dalszej części posta, napiszę mniej więcej, czym to całe zjawisko tak właściwie jest. Otóż chodzi - ni mniej, ni więcej - o taką sytuację, kiedy danej osobie zlecone zostaje napisanie książki, artykułu, tekstu piosenki, a jednak na okładce nie widnieje nazwisko faktycznego autora danego dzieła, tylko innej osoby (zleceniodawcy) - najczęściej są to celebryci, wielkie gwiazdy czy nawet politycy w przypadku pisanych dla nich przemówień. Zlecenie to wykonywane jest oczywiście za odpowiednią opłatą, fakt faktem jednak, że bardzo często czytelnicy danej książki (bo skupię się oczywiście na literaturze) nie mają pojęcia o tym, że czytana przez nich książka wyszła spod pióra kogoś innego. Czy takie działanie jest fair?

Ten post został zainspirowany nie tak dawnym „skandalem”, który wybuchł za granicą w literackim świecie, kiedy czytelnicy książki „Girl Online” dowiedzieli się, że to nie Zoe Sugg (znana jako Zoelle, która prowadzi kanał na Youtubie dotyczący mody, urody i stylu życia) stoi za napisaniem tej książki, a niejaka Siobhan Curham. Nie będę szczegółowo rozpisywać się o tej sprawie, bo nie o tym ma być ten post, dlatego zaciekawionych tą sytuacją odsyłam tutaj - tam znajdziecie więcej informacji. Dodam tylko, że gdy cała sprawa wyszła na jaw, sama Zoella zaprzeczała oskarżeniom, jakoby książka nie została napisana przez nią, czytelnicy i fani Zoelli oburzyli się natomiast z powodu jej oczywistego kłamstwa i fałszu. Spójrzmy prawdzie w oczy, jest się czemu dziwić?

Z góry zaznaczę, że wyżej wspomnianej książki nie czytałam. Każdą powieść traktuję jednak niezwykle personalnie, lubię sobie wyobrażać, co robił/a autor/ka podczas pisania danej książki, jak pisarze radzili sobie z brakiem „weny” i w jaki sposób podchodzili do pisanej powieści. Dla mnie pisarz jest przede wszystkim osobą niezwykle szczerą - z tego powodu, iż siada przed klawiaturą/notesem i w przypływie natchnienia zapisuje to, co w danej chwili krąży mu po głowie, buduje szkic, aby później stworzyć z niego świat, historię, bohaterów. Rzeczy, które są elementami JEGO wyobraźni, JEGO chwili natchnienia. Kiedy widzę na okładce jego nazwisko mimowolnie myślę sobie „dobra robota”. „Gratuluję dobrze wykonanej pracy, zasłużyłaś/eś na to, aby to TWOJE nazwisko widniało na okładce, aby to TWOJA książka zdobywała uznanie i szacunek czytelników i aby to o TOBIE mówiono, że tak, to ten, który napisał tę naprawdę udaną powieść”. Kiedy jednak dowiaduję się, że to wszystko było zatajonym kłamstwem, oszustwem, wówczas rodzi się we mnie nic innego, jak tylko gorycz i zniesmaczenie. Dlaczego?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta, nie cierpię ludzi nieszczerych. Jeżeli ktoś za ciebie napisał książkę, a jednak na okładce jest dopisany „współautor”, to mimo wszystko jakaś forma tej szczerości została zachowana, autor przyznaje, że nie on sam pracował nad daną książką. Kiedy jednak ktoś specjalnie zataja informację, że całą książkę napisał ktoś inny... przykro mi, ale mojego szacunku w taki sposób się nie zdobędzie. Istnieje również kolejny problem w tej kwestii, a jest nim oczywiście wynagrodzenie, ponieważ zazwyczaj w tego typu sytuacjach zleceniodawca zbija na danej książce znacznie więcej kasy niż osoba, która wykonała całą ciężką pracę i napisała daną powieść. Okej, dostała pieniądze, ale to ktoś inny zbiera profity z wykonanego przez nią zadania - wskaże mi ktoś, gdzie tu jest sprawiedliwość? Bo ja jej niestety nie widzę.

Może wyolbrzymiam, może nie, niemniej jednak uważam, że czytelnicy powinni być informowani, iż mają do czynienia z ghostwritingiem w przypadku czytanej książki, a często przecież tak nie jest. Nie wiadomo przecież, w jakim stopniu zleceniodawca miał wkład w daną powieść (wymyślił bohaterów? Świat? Coś więcej? Czy minimalnie tylko przyczynił się do stworzenia danej lektury, a mimo wszystko jego nazwisko pojawia się na okładce?). Kiedy możemy myśleć o tej osobie jako o faktycznym autorze tej konkretnej książki? Jaki sens ma podpisywanie się pod czymś, co nie jest pracą danej osoby? Czy powinniśmy akceptować takie jawne zatajanie informacji, kiedy nie mamy pojęcia, kto jest prawdziwym autorem tekstu i cały czas myślimy, iż praca w całości została wykonana przez osobę, której nazwisko pojawia się na okładce?

Być może zbyt restrykcyjnie podchodzę do tego tematu, ale moje zdanie w tej kwestii jest dosyć proste: nie Ty jesteś autorem danej książki? W takim razie nie Twoje nazwisko zasługuje na to, aby widnieć na okładce, nie Ty zasługujesz na szacunek i uznanie czytelników, tylko osoba, która tę pracę wykonała. Nie zleceniodawca, a zleceniobiorca, po prostu. Nie potrafisz pisać, to nie pisz, albo pisz w takim stopniu, w jakim potrafisz. Otrzymasz wówczas uznanie za swoje własne działanie, a nie za minimum zaangażowania i świecenie nazwiskiem na okładce. Szczerość przede wszystkim.

Domyślam się, że zdania w tej kwestii będą bardzo podzielone, niektórzy z Was na pewno mają inny punkt widzenia, dlatego zachęcam Was do wypowiadania się i prezentowania swojej opinii! Nie czytałam jeszcze, żeby ktokolwiek inny w tym naszym blogowym świecie pisał na ten temat, dlatego liczę na ciekawą dyskusję z garścią różnych poglądów. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.