29 stycznia 2015

Testy, Joelle Charbonneau

Obecnie bardzo wielu z nas narzeka na szkołę, studia, że ciężko, że męczą, że niesprawiedliwie oceniają, że system edukacji jest niepoważny, a już o absurdalnym kluczu maturalnym nie wspomnę. Nie chodzi mi o to, że się z tymi zarzutami nie zgadzam, bo wręcz przeciwnie, fakt faktem jednak, iż zdecydowanie możemy nazwać się szczęśliwcami z tego względu, że edukacja dostępna jest dla prawie każdego. Potraficie zatem wyobrazić sobie siebie samych pragnących dostać się na uniwersytet, którego drzwi są przed wami stanowczo zamknięte, a uczęszczać na niego może jedynie garstka osób? Bo ja nie bardzo. 

Bohaterką tej powieści jest młoda Cia Vale (Malencia), żyjąca właśnie w takim świecie, gdzie dostanie się na uniwersytet jest dobrem luksusowym, które otrzymują jedynie wybitne jednostki. Po Wojnie Siedmiu Faz stworzono Testy, które mają wyselekcjonować najlepszą dwudziestkę mogącą dostać się na studia, a jednocześnie w przyszłości odbudować świat, który niegdyś został niemalże doszczętnie zniszczony. W takim położeniu znajduje się właśnie Cia, przed wyjazdem dostająca od ojca ostrzeżenie, aby nie ufać nikomu, które sprawia, iż dziewczyna staje się czujniejsza niż zwykle.

Przeżywałam trzy całkowicie różne od siebie fazy podczas czytania tej książki. Na samym początku trochę ciężko było mi się w nią wgryźć, co prawda nie na tyle ciężko, żeby z ledwością czytać jedną stronę dziennie, wystarczająco jednak, aby posmakować nieprzyjemnego dyskomfortu związanego z tą lekturą. Później, po kilkudziesięciu kartkach, to muszę przyznać, „Testy” tak mnie wciągnęły, że nie byłam w stanie ani na chwilę oderwać się od lektury. Czułam się zaintrygowana przygodami młodej bohaterki i nie mogłam doczekać się tego, co przyniesie jej przyszłość. Etap ten trwał niestety również przez kilkadziesiąt kolejny kartek i od połowy tej książki zaczęłam odliczać strony do jej zakończenia, co wywołało kolejną fazę - znudzenia i braku zainteresowania czytaną powieścią. 

Być może ów brak zainteresowania wywołany został językiem autorki, który - z przykrością stwierdzam - jest kompletnie nijaki. Brakuje w nim jakiejkolwiek plastyczności czy lekkości pióra. Czytając tę książkę czułam się tak, jakbym czytała streszczenie jakichś wydarzeń właśnie z tego powodu, iż lektura ta to w zasadzie... sam opis. Dialogów jest w niej jak na lekarstwo (jeżeli zobaczycie tę książkę w księgarni to przekartkujcie ją przez chwilę, sami się o tym przekonacie!), a znaczna większość rozmów pomiędzy bohaterami odbywa się w ten sposób, iż zawarte są one w opisach na zasadzie: „Tomas powiedział to, ja mu odpowiedziałam, później Will mnie o coś zapytał, a ja odpowiedziałam mu na kilka pytań”... No, kurczę! To prawie tak, jakbym czytała jakieś sprawozdanie lub raport z wykonanego zadania - wszystko drętwe i sformalizowane. 

Moje powyższe uwagi wiążą się ściśle z kolejnym aspektem tej powieści, który nie przypadł mi do gustu, a mianowicie z bohaterami. Fakt, iż większość dialogów została zawarta w formie opisu sprawia, iż nie czuję się, jakbym w jakikolwiek sposób poznała bohaterów tej książki. Mam wrażenie, jakby nie zostali oni przedstawieni mi w żadnym stopniu, jakby byli zwykłymi nazwiskami, którymi autorka się posłużyła... no, bo ktoś przecież musiał w tej książce wystąpić, prawda? Nie wiem, jak postacie te czuły się podczas znacznej większości wydarzeń, a jeżeli emocje te były w jakiś sposób pokazane to tylko w odniesieniu do głównej bohaterki i w kompletnie nieprzyswajalny sposób. Nie czułam ich, nie wywołały na mnie żadnego wrażenia.

To, że ja nie nawiązałam żadnych relacji z bohaterami to jedno, ale fakt, iż sami bohaterowie zdawali się nie nawiązywać relacji między sobą to kompletny absurd. Okej, Cia i Tomas zaczynają ze sobą kręcić i czuć coś więcej, niż tylko przyjaźń, to już wiem. Wiem również, jakie wydarzenia zaszły pomiędzy innymi bohaterami, ale było między nimi tak mało konkretnej interakcji, tak mało odczuć, wrażeń i ich emocji, iż czuję się, jakby oni wszyscy byli sztucznymi pionkami postawionymi obok siebie, którzy kompletnie się nie znają. Sama główna postać wydała mi się strasznie drętwa, przedstawiona praktycznie jako... idealna. Wszystko umie, na wszystkim się zna, mądra, błyskotliwa, potrafi rozwiązać każdy problem, nagle wpada na jakieś cudowne rozwiązanie i cudem wychodzi z opresji. Jakby się tak dokładniej przyjrzeć to z łatwością się zauważy, iż Cia wcale nie jest tak wspaniała i samodzielna, na jaką przedstawia ją autorka tej książki.

Ostatnim mankamentem, o którym chciałabym wspomnieć jest zabójczo rzucające się w oczy porównanie tej powieści do trylogii „Igrzysk śmierci”. Nie trzeba być geniuszem, żeby zauważyć, jak bardzo elementy tego świata przypominają Panem, Kapitol i poszczególne dystrykty. Jak bardzo jeden z etapów Testów przypomina same Igrzyska, a nawet Cia i Tomas to wykapani Katniss i Peeta - ich relacja jest równie sztywna, wybujała i wzięła się nie wiadomo tak naprawdę skąd. Ciężko jest opisywać mi te podobieństwa, nawet ogólnikowo, aby nie rzucać spoilerami, dlatego pozostaję jedynie przy tych luźnych uwagach. Jeżeli ktoś jest zainteresowany to pewnie sięgnie po tę książkę i wówczas na pewno sam te podobieństwa wychwyci. Już na okładce książki Jonathan Maberry wspomina o „Igrzyskach...”, a jednak podobieństwo klimatu czy świata to zupełnie coś innego niż bycie idealną niemal kopią jakiejś książki.

Jak już na pewno się domyślacie: nie polecam tej książki. Nie jestem w stanie zachęcić kogoś do przeczytania powieści, która tak mnie znużyła i pozostawiła po sobie gorzki posmak porażki i zawodu. Miało wyjść dobrze, oryginalnie? Niestety, nie wyszło. Plusy daję tej książce jedynie za to, iż pewien moment tej powieści naprawdę mnie zachwycił, potrafił zainteresować, doznałam w nim kilku zaskoczeń, no i... w gruncie rzeczy nie przeżywałam mentalnego i emocjonalnego terroru podczas jej czytania, za to też plus. 

Ocena: 3,5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.