22 listopada 2016

Sprawa Niny Frank, Katarzyna Bonda


Nie jestem zbyt dobra w nadrabianiu zaległości, na co najlepszym dowodem są książki kupione pięć lat temu, które wciąż stoją na moich półkach i czekają na przeczytanie. Po „Sprawę Niny Frank” sięgnęłam całkiem spontanicznie, nic tak naprawdę nie skłoniło mnie do tego, aby wreszcie, po tych kilku miesiącach od zakupu sięgnąć po nią i zabrać się za lekturę. Ot, decyzja podjęta w jednej chwili sprawiła, że zabrałam książkę z półki nim zdążyłam się rozmyślić. Przyznam jednak, że oczekiwania wobec tej powieści miałam niemałe, pod wpływem niezłej promocji twórczości Katarzyny Bondy oczekiwałam apetycznego, porządnego kryminału. Otrzymałam jednak nie do końca to, na co tak bardzo liczyłam. 

Powieść opowiada o Hubercie Meyerze, który jest profilerem, tj. psychologiem wykonującym portrety psychologiczne nieznanych sprawców. Zostaje on przypisany do morderstwa najpopularniejszej i najbardziej skandalicznej aktorki polskich seriali - Niny Frank. Podczas rozwiązywania sprawy, próby stworzenia profilu mordercy gwiazdy i odkrywania jej sekretów, przy okazji staje on oko w oko ze swoimi własnymi problemami.

Ostrzegano mnie przed tym, żebym nie spodziewała się nie wiadomo czego po tej książce, bo na dobrą sprawę więcej ma ona w sobie z obyczajówki, niż z dobrego kryminału. Niestety, z tym muszę się zgodzić, ponieważ naprawdę miałam wrażenie, jakbym czytała powieść obyczajową z drobnym wątkiem kryminalnym. Autorka bardzo dużo miejsca w swojej książce poświęciła na wszelakie rozterki emocjonalne i problemy natury prywatnej, które na dobrą sprawę przyćmiły wszystko inne, co się w tej książce znalazło. Cały wątek kryminalny, wokół którego powinna toczyć się akcja w moich oczach ginął pod ciężarem elementów, o których wspomniałam.

Szybko zaczęła mnie przytłaczać negatywna atmosfera w tej książce, przez co emocjonalnie dosyć szybko poczułam się naprawdę zmęczona. Pomijając sam wątek kryminalny, bo muszę przyznać, że o dziwo to nie on był tego przyczyną. Powodem były zachowania bohaterów i podejmowane przez nich decyzje. Miałam wrażenie, jakby każdy w tej książce był nieszczęśliwy, każdego gnębiły jakieś ciemne myśli i wewnętrzne tragedie. Tyle zdrad, kłamstw, oszustw i nieuczciwości już dawno nie spotkałam w żadnej książce, a na dłuższą metę okazało się to być bardzo męczące.

Sporo rzeczy mogę tej książce zarzucić, na pewno jednak nie to, że czytało mi się ją nieprzyjemnie. Bardzo szybko się w nią wciągnęłam, nie potrzebowałam czasu, aby rzucić się w wir tej historii. Ze strony na stronę stawałam się coraz bardziej zaciekawiona dziejącymi się na kartach tej powieści wydarzeniami, w ani jednym momencie nie czułam znużenia, nie było również chwili, w której myślałabym o odłożeniu tej powieści na półkę czy o jak najszybszym zakończeniu czytania. Co jak co, ale Katarzyna Bonda zdecydowanie poradziła sobie z utrzymaniem mojego zaciekawienia napisaną przez siebie historią. 

Podczas czytania tej powieści czułam się trochę podirytowana traktowaniem pewnych wątków, ponieważ nie były one zbyt atrakcyjnie prowadzone. Niektóre z nich nagle się urywały, przez co długo zastanawiałam się na tym, po co w ogóle autorka wprowadzała tutaj niektóre postacie, skoro ich istnienie okazało się pozbawione jakiegokolwiek sensu. Inne natomiast zostały wprowadzone zbyt chaotycznie, ni stąd, ni zowąd, przez co chwilę zajęło mi „połapanie się” w nowej sytuacji. 

Postacie w tej powieści są zdecydowanie niejednoznaczne, bardzo ciężko jest mi określić, czy zapałałam do nich sympatią, czy też nie. Wezmę za przykład Ninę - za młodych lat była rozkapryszoną, rozwydrzoną dziewuchą, która tak naprawdę po dwudziestce niewiele się zmieniła. Niszczyła życie swoje i wszystkich innych osób, które się wokół niej znalazły. Z jednej strony szczerze nią gardziłam, być może nawet czułam do niej nienawiść, z drugiej jednak współczułam jej, ponieważ zdecydowanie nikt nie zasłużył na taki los, jaki ją spotkał, pomimo tego, że w pewien sposób sama sobie zawiniła.

Książka zdecydowanie nie jest idealna, co od razu po mojej recenzji można zauważyć. Pomimo tego, że w fabule panował niemały chaos, bohaterowie nie stali mi się bliscy, a w pewnym momencie autorka trochę za bardzo odpłynęła w mistyczny świat to nie chciałabym rozstawać się z twórczością Katarzyny Bondy. Doszły mnie słuchy, że pozostałe części z serii o Hubercie Meyerze są znacznie lepsze, dlatego chętnie po nie sięgnę. Mam jednak nadzieję, że są one faktycznie lepiej napisane, bo w „Sprawie Niny Frank” panował niemały bałagan, a kompletnie oderwane od rzeczywistości zakończenie, którego nawet nie miałam siły interpretować zdecydowanie nie poprawiło sytuacji tej powieści.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.