6 stycznia 2017

[przedpremierowo] Naznaczeni śmiercią, Veronica Roth


Data premiery: 17 stycznia 2017 r. 

Veronica Roth to autorka, której nie sposób nie znać. Napisała ona niezwykle popularną trylogię pt. „Niezgodna”, w której zaczytywała się i wciąż z resztą zaczytuje cała rzesza czytelników. Po jej pierwszy tom sięgnęłam kilka lat temu, niedługo po premierze i przyznam szczerze, że bardzo zaskoczył mnie w nim brak oryginalności autorki i szerokie powielanie utartych już wcześniej motywów, przez co „Niezgodna” nie miała w sobie nic do zaoferowania. Po „Naznaczonych śmiercią” sięgnęłam z wielką nadzieją na to, że warsztat autorki uległ poprawie i że książka ta wypadnie w moich oczach znacznie lepiej niż „Niezgodna” (poza tym, jeżeli ktoś reklamuje jakąś książkę jako powieść „dla fanów Gwiezdnych Wojen” to musi liczyć się z tym, że będę pierwsza w kolejce, aby chcieć ją przeczytać). Niestety, tak jednak się nie stało.

Książka opowiada o dwóch bohaterach żyjących na planecie rządzonej przez przemoc i zemstę, na której ludzie zostają obdarowani przez los pewnym darem, dzięki którym mogą kształtować swoją przyszłość. Dla niektórych jest on objawieniem, dla innych - przekleństwem. W tej drugiej grupie znalazła się Cyra, siostra brutalnego tyrana rządzącego ludem Shotet, której „dar” zadawania bólu wykorzystywany jest przez jej brata w celu zadawania tortur i zabijania wrogów. Akos natomiast wywodzi się z miłującego pokój lodu Thuvhe, który pewnego dnia wraz z bratem zostaje porwany przez żołnierzy Shotet. Akos postanawia zrobić wszystko, co w jego mocy, aby ocalić brata i powrócić do domu. Czy Cyra, w której wrogim świecie nagle się znalazł zostanie jego sprzymierzeńcem? Czy uda im się pokonać wzajemne uprzedzenia i niechęć, czy może raz wrogowie na zawsze nimi pozostaną? 

Największym moim problemem w przypadku tej książki był zdecydowanie język autorki, który sprawił, że niestety czytanie tej powieści nie było dla mnie przyjemnością. Nie twierdzę, że nie czytało mi się jej szybko, bo jak na to ponad 500 stron uporałam się z nią całkiem zwinnie w niecałe 2 dni, niemniej jednak miałam duży problem, aby wgryźć się w tę historię. Jej pierwsze 100 stron było niesamowitym chaosem, w którym największym zadaniem było się odnaleźć. Wydarzenia były rzucane niczym hasła, bardzo okrojone, jakby to właśnie zadaniem czytelnika było dopowiedzenie sobie reszty historii. Bardzo brakowało mi również większych opisów nie tylko samych wydarzeń, ale również i miejsc, w których znajdowali się bohaterowie czy nawet samego świata wykreowanego przez autorkę. Przez ich ubogość po raz pierwszy spotkałam się z czymś takim, że najzwyczajniej w świecie czytałam książkę bez rozgrywania się całej jej akcji w moim umyśle.

Zdecydowanie więcej głębi spodziewałam się po bohaterach tej książki, a ich kreacja również nie spełniła moich oczekiwań. Do żadnego z nich nie byłam w stanie się przywiązać, losy żadnej z postaci nie wzbudziły we mnie nawet najmniejszych emocji, co dziwne, bo zdecydowana większość z nich znajdowała się w opłakanym położeniu - nie sposób by było takim bohaterom nie współczuć. Autorka niestety przedstawiła je jednak niczym marionetki bez żadnej iskierki życia, które były mi kompletnie obojętne. Wychowani w świecie, w którym ich losy są z góry ustalone, w którym nurt (coś a'la Moc w „Gwiezdnych wojnach”) obdarza ich darami niekiedy będącymi naprawdę nie lada wyzwaniem, w świecie pełnym przemocy i niesprawiedliwości - ze względu na te właśnie aspekty spodziewałabym się po bohaterach trochę więcej konfliktów wewnętrznych, które sprawiłyby, że poczułabym wobec nich nic sympatii. Konflikt był, owszem, temu nie jestem w stanie zaprzeczyć, jednakże tylko i wyłącznie w przypadku jednej postaci, tak jakby tylko ona doznała krzywd oraz została zraniona przez otaczający ją świat i ludzi. Pomimo tego, że głównych bohaterów w tej książce jest dwóch, autorka nie poradziła sobie z konsekwentnym dzieleniem pomiędzy nimi akcji, przez co z łatwością można zauważyć, że jedno z nich jest bardziej faworyzowane, natomiast o drugim bohaterze wiemy tak naprawdę niewiele.

Pomimo tego, że „Naznaczeni śmiercią” opisywani są jako science fiction, to jednak z tym gatunkiem książka ma naprawdę niewiele wspólnego. Bo co tak naprawdę ją z nim łączy? Tylko te dwie czy trzy sceny opisane przez autorkę, w których bohaterowie podróżują statkami kosmicznymi, nic poza tym. Zdecydowanie zabrakło mi tutaj słownictwa charakterystycznego dla książek tego gatunku, nieco bardziej naukowego, a w przypadku Veroniki Roth nie dość, że było ono bardzo pospolite, to jeszcze język autorki był drętwy i mało plastyczny. Zabrakło mi opisów nowych technologii, przedmiotów, z którymi wcześniej w żadnej książce się nie spotkałam. Świat przez autorkę został wykreowany bardzo powierzchownie, podczas lektury miałam niesamowicie wiele pytań dotyczących jego funkcjonowania, na które niestety nie uzyskałam odpowiedzi. 

Mam wrażenie, jakby „Naznaczeni śmiercią” byli książką niedokończoną, niedopracowaną, przez co nie byłam w stanie zżyć się z wykreowanym przez autorkę światem czy - co gorsza - przedstawionymi bohaterami. Całe szczęście byli mi oni po prostu kompletnie obojętni, nie zapałałam do nich niechęcią, a gdyby tak było, wówczas miałabym jeszcze gorsze zdanie na temat tej powieści. Myślę, że fani twórczości Veroniki Roth, zachęceni jej trylogią pt. „Niezgodna” z pewnością po nią sięgną, ja niestety jednak nie jestem w stanie jej nikomu polecić. Bardzo zawiodłam się na tej książce i wydaje mi się, że jest to moje ostatnie spotkanie z twórczością tej pisarki. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.