20 lutego 2017

Trylogia Zła krew, Sally Green


Cieszę się, że mam szansę opowiedzieć wam trochę o trylogii „Zła krew” Sally Green, ponieważ są to moim zdaniem zdecydowanie zbyt niedoceniane książki. Dopiero kilka tygodni temu spotkałam się z pierwszą ich recenzją, nigdy wcześniej nie zauważyłam, żeby ktokolwiek o nich mówił, choć nie są to książki bardzo stare – pierwsza część pojawiła się na naszym rynku 3 lata temu, w 2014 roku. Często dziwię się książkom zyskującym rozgłos, ponieważ zdecydowana większość jest moim zdaniem stanowczo zbyt przereklamowana, dlatego też teraz przedstawię wam książki, które takiego rozgłosu nie otrzymały – a szkoda, bo powinny. 

Trylogia „Zła krew” opowiada o współczesnym świecie, gdzie obok ludzi żyją także osoby o magicznych zdolnościach – dobrzy czarodzieje i czarodziejki określani są jako biali, natomiast źli jako czarni, będąc ich skrajnym przeciwieństwem. Jest to historia o losach nastoletniego Nathana, będącego magiem półkrwi, któremu nie ufa żadna ze zwaśnionych grup. Aby przetrwać, będzie musiał popełnić rzeczy, o jakie nigdy by się nawet nie podejrzewał. 

Cały sęk w moim zachwycie nad tą trylogią polega na tym, że ja doskonale zdaję sobie sprawę z jej niedoskonałości. Dobrze wiem, że pewne elementy mogłyby zostać bardziej dopracowane, lepiej skonstruowane, wiem, że, gdyby tylko Sally Green poświęciła im nieco więcej czasu i uwagi, wówczas mogłabym nazwać te książki niemalże idealnie wpadającymi w mój czytelniczy gust. Podrasowania wymaga nie tylko świat wykreowany przez autorkę (magowie żyjący we współczesnym świecie na równi z ludźmi amagicznymi to temat, który zdecydowanie zasłużył na to, aby poświęcić mu trochę więcej czasu i miejsca w tych książkach), ale również bohaterowie przez nią wykreowani, a także sam język, którym Sally Green się posługuję. Nie twierdzę, że jest to trylogia idealna, niemniej jednak jest w niej coś tak niesamowitego, że jestem nią do głębi zachwycona. 

Autorka przedstawia czytelnikowi świat, w którym aż roi się od brutalności. To, ile przeżywa główny bohater, jak wiele cierpienia i niesprawiedliwości doznaje wykracza aż poza moje rozumienie. Od pierwszych stron „Złej krwi” byłam w nieustannym szoku nad tym, z jakim okropieństwem musiał spotkać się główny bohater, jak wiele musiał przejść i jak wiele okrucieństw doświadczyć, żeby... Właśnie, żeby co? Żeby uzyskać upragniony spokój? Żeby otrzymać tak zasłużony (czy na pewno?) happy ending? To nie jest trylogia z rodzaju tych, w których bohaterowie po ciężkich walkach spotykają się z należnym im odpoczynkiem. To trylogia, po której czytelnik czuje się wykończony od nadmiaru emocji, których mu dostarczyła. To trylogia, po której łzy nie chcą przestać płynąć, a na uleczenie złamanego serca potrzeba będzie znacznie więcej niż to, co zazwyczaj poprawia wam humor. 

Zbyt często spotykam się w książkach z brakiem jakiegokolwiek rozwoju wykreowanych postaci, co niestety sprawia, że przez ich papierowość nie potrafię się z nimi w żaden sposób zżyć. Sally Green udało się utworzyć postacie naprawdę barwne i różnorodne, a przy tym przez to, jak wiele cierpienia doświadczają wydają się być one jednocześnie zdecydowanie bardziej ludzkie. Przez te trzy części doskonale widać drogę, jaką ci bohaterowie przebyli oraz to, jak bardzo się zmienili podczas swojej wędrówki. Niekiedy naprawdę idealnie udawało mi się wczuć w tych bohaterów, chociaż z drugiej strony ciężko jest mi mówić o jakimkolwiek utożsamianiu się z tymi postaciami, ponieważ ich moralność każdy logicznie myślący czytelnik podda pod ogromną wątpliwość. 

Właśnie, to jest w tej książce tak szalenie interesujące. Naprawdę bardzo dawno nie spotkałam się z książką, w której bohaterowie nie znajdowaliby się na dwóch przeciwstawnych biegunach. Zazwyczaj w książkach fantasy mamy bohaterów dobrych, z których punktu widzenia co do zasady poznajemy opisywaną historię, oraz bohaterów złych, którzy próbują pokrzyżować plany protagonistów. W tej trylogii jest inaczej. Nie mamy tutaj typowej walki dobra ze złem, ponieważ tak naprawdę nie mamy bohaterów typowo dobrych lub typowo złych. Wszyscy z nich znajdują się gdzieś pomiędzy, dokonują czynów, o których mi samej ciężko jest nawet pomyśleć, popełniają zbrodnie, które zasługują na najsurowszą karę – a czasami popełniają je nie tylko po to, żeby przetrwać. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ja doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że działania tych bohaterów są złe i szczerze je potępiałam, ale jednocześnie nie potrafiłam tych bohaterów znienawidzić. Posiadają oni w sobie bowiem pewnego rodzaju magnetyzm, który sprawił, że ich osobowości wydały mi się niezwykle hipnotyzujące, skutecznie uniemożliwiając mi pozbycie się wobec nich choć odrobiny sympatii. 

Miłośnicy wątków miłosnych w literaturze z pewnością nie będą tą trylogią zawiedzeni, tym bardziej, że nie jest to taki typowy, klasyczny romans spotykany w literaturze Young Adult. I całe szczęście! Największe zaskoczenie (i jednocześnie najbardziej satysfakcjonujące) spotkało mnie właśnie w związku z tym romansem i szczerze mówiąc gdyby sytuacja nie rozwinęła się w taki sposób (wybaczcie za te ogólniki, ale sami rozumiecie, nie chcę wam niczego spoilerować) to nie jestem pewna, czy byłabym z tej trylogii aż tak zadowolona. Bardzo doceniam autorkę za pewnego rodzaju łamanie schematów, którymi – szczerze mówiąc –  jestem już mocno znudzona, a jednocześnie z pewnego powodu mam do niej ogromny żal za to, w jaki sposób ten wątek został zakończony. 

Gorąco was zachęcam do sięgnięcia po tę trylogię i do dania jej szansy. Jak już wyżej wspomniałam – nie są to książki idealne, ale po raz pierwszy te drobne mankamenty nie sprawiły, że byłabym lekturą znużona czy nieusatysfakcjonowana. O znużeniu jak najbardziej nie może być mowy, ponieważ wydarzenia opisywane przez autorkę toczą się w naprawdę wartkim tempie, a poza tym potrafią być rozkosznie zaskakujące. Satysfakcję z lektury skutecznie natomiast zapewniło mi łamanie przez autorkę schematów i postępowanie momentami w dosyć niekonwencjonalny sposób. Jeżeli zdecydujecie się – mam nadzieję – sięgnąć po tę trylogię, wówczas proponuję z góry przygotować się na potok łez, bowiem zakończenie jest czymś, przy czym chusteczki stają się zdecydowanie elementem niezbędnym. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.