19 lutego 2017

[przedpremierowo] Gniew i świt, Renée Ahdieh


Data premiery: 01.03.2017 r. 

„Gniew i świt” to powieść niezwykle wyczekiwana przez rzeszę czytelników nie tylko z powodu wielu zachwytów zagranicznych blogerów, którzy bardzo wysoko oceniali tę powieść (średnia ocen tej książki na Goodreads wynosi 4.21, czym – nie ukrywam – jestem naprawdę zdumiona), bardzo mocno się nią zachwycając. Jest ona w równie dużym stopniu pożądana przez fanów retellingów, czyli na nowo opowiedzianych, znanych nam już, historii, które ostatnimi czasy stały się w literaturze bardzo popularne. Przyznam szczerze, że moje pierwsze spotkanie z retellingiem baśni o Pięknej i Bestii w postaci książki „Dwór cierni i róż” Sary J. Maas było bardzo nieudane, dlatego też po „Gniew i świt” sięgnęłam m.in. z nadzieją, iż książka ta pomoże mi się do nich przekonać i oczaruje mnie swoją baśniowością. Czy tak było? 

Powieść Renée Ahdieh – inspirowana „Księgą tysiąca i jednej nocy” – opowiada o losach młodziutkiej, zaledwie szesnastoletniej Szahrzad, która niedawno spotkała się z ogromną stratą. Jej najbliższa przyjaciółka, Sziwa, nowo poślubiona małżonka kalifa Chorasanu zostaje przez niego brutalnie zamordowana. Co najgorsze, nie jest to pierwsza zbrodnia popełniona przez tego przerażającego władcę – co noc bierze on bowiem nową żonę, aby o poranku owinąć jedwabny sznur wokół jej szyi. Przepełniona smutkiem Szahrzad dobrowolnie wyraża chęć poślubienia Chalida, aby dokonać zemsty i na zawsze zakończyć panowanie żądnego krwi władcy. Czy dziewczynie uda się wykonać to niebezpieczne zadanie? Czy może na drodze stanie niechciane uczucie, zdolne pokrzyżować jej skrupulatne plany? 

Jestem absolutnie i bezwarunkowo oczarowana językiem autorki, który jest moim zdaniem największą zaletą tej powieści. Bardzo spodobało mi się to, z jakimi detalami pisarka opisywała nie tylko miejsce, w którym znalazła się Szahrzad, czyli piękny, opływający bogactwem pałac, ale przede wszystkim ubiory bohaterów, które przedstawione zostały z taką szczegółowością, że praktycznie stawały się namacalne. Nieustannie miałam wrażenie, że wystarczyłoby wyciągnąć rękę, a mogłabym dotknąć niezwykle barwnych, zwiewnych tkanin i równie kolorowych szat. Podczas czytania tej książki unosił się wokół mnie aromat smakowitych potraw, którymi częstowały się postacie, zapach kwiatów, deszczu czy nawet spalonej słońcem pustyni. A to wszystko dzięki bardzo przyjemnemu, pełnego przepychu i pozbawionego niepotrzebnego młodzieżowego tonu językowi autorki, który doskonale umilił mi lekturę. 

Kwestia bohaterów jest niestety dla mnie nieco bardziej skomplikowana, szczególnie w przypadku głównej bohaterki. Początkowo byłam zachwycona jej charakterem, już od pierwszych stron zaimponowała mi siłą swojej woli, ciętym językiem oraz tym, że nie dawała sobie w kaszę dmuchać. To typ postaci, jakie uwielbiam. Uwielbiam za zdecydowanie, humor, za brak przesadnego użalania się nad sobą, które to często sprawia, że dany bohater/bohaterka zaczynają bardzo mnie irytować. W przypadku Szahrzad tak nie było, niestety tylko do momentu, w którym zauważyłam, że tak naprawdę więcej mówi ona o dokonaniu zemsty, niż jakkolwiek działa w tym kierunku, aby swój cel osiągnąć. Bardzo szybko stała się dla mnie postacią bierną i – niestety – w związku z tym zaskakująco naiwną.

W kwestii Chalida z przykrością muszę stwierdzić, iż mam wrażenie, jakbym kompletnie nie poznała tej postaci, poza oczywistościami, czyli tym, że jest brutalnym mordercą, który skazał na śmierć prawie setkę młodych, niewinnych dziewczyn. Co dziwne – ilość scen w książce, w których się pojawiał nie była wcale znikoma, jednak mimo wszystko nie mogę powiedzieć o nim nic więcej, poza tym, że jest postacią bardzo nijaką i papierową. Tajemniczość bohaterów potrafi być bardzo intrygująca, tutaj jednak odniosła ona negatywny skutek, sprawiając, iż nie udało mi się odkryć wnętrza tej postaci, pozostawiając ją całkowicie poza moim zasięgiem.

Dużą zaletą tej książki są za to bohaterowie poboczni, do których szybko zapałałam sympatią i polubiłam w znacznie większym stopniu niż bohaterów pierwszego planu. Dżalal jest czarujący i przezabawny, bardzo spodobała mi się więź nawiązana między nim a Szahrzad oparta na wspólnym zrozumieniu, a początkowo również na nieufności. Despina to niezwykle pyskata pokojówka, która wprowadza powiew świeżości do tej książki i kradnie wszystkie sceny, w których się pojawia. Bardzo spodobała mi się przyjaźń między nią a Szahrzad, gdyż w literaturze – szczególnie Young Adult – zdecydowanie brakuje takich silnych, ciekawych relacji między dziewczynami opartymi na przyjaźni, wzajemnej współpracy i pomaganiu sobie. Uważam, że bohaterowie ci niejako uratowali dla mnie tę powieść, ponieważ gdybym nie była w stanie polubić choć jednej postaci w tej książce, wówczas z pewnością moje odczucia po jej przeczytaniu byłyby bardziej negatywne. 

Największym rozczarowaniem jeżeli chodzi o „Gniew i świt” jest dla mnie wątek romantyczny, który szybko okazuje się być trójkątem miłosnym, o czym wcześniej nie wiedziałam. O ile sam trójkąt kompletnie mi nie przeszkadzał (o dziwo, ponieważ z całego serca za nimi nie przepadam), o tyle związek rodzący się między Chalidem a Szahrzad już niestety bardzo. Kompletnie nie rozumiem jak można rodzącą się relację między brutalnym mordercą, a dziewczyną, która z jego rąk straciła najbliższą przyjaciółkę uważać za coś romantycznego i kreować w ten właśnie sposób. Od dawna sprzeciwiałam się kreowaniu tego typu związków oraz uważaniu ich za zdrowe i romantyczne. Najgorsze jest to, że autorka próbowała wielokrotnie usprawiedliwiać działania Chalida poprzez innych bohaterów, tłumacząc je początkowo trudnym dzieciństwem (klasyczna wymówka), a później w sposób, którego z powodu spoilerów oczywiście wam nie zdradzę. Niemniej jednak w żaden, absolutnie w żaden sposób nie da się usprawiedliwić mordowania niewinnych osób, dlatego jestem trochę zniesmaczona próbami autorki wywołania w czytelniku współczucia dla tego oprawcy. Z tego powodu też bardzo nie podoba mi się przedstawiony związek między Szahrzad, a jej wybrankiem. 

Bardzo miłą odmianą w tej powieści jest powolne tempo akcji, które naprawdę mocno przypadło mi do gustu. Nie było ono na szczęście na tyle powolne, żeby czytelnik mógł się znużyć dziejącymi na kartach „Gniewu i świtu” wydarzeniami, a wręcz przeciwnie. Akcja toczy się w umiarkowanym, stonowanym tempie, kolejne wydarzenia następują po sobie w stosunkowo powolny sposób, tak, że z każdą przewróconą stroną mój apetyt na tę książkę wzrastał i coraz bardziej nie mogłam się doczekać tego, aby dowiedzieć się, w jaki sposób zakończy się opisywana przez autorkę historia. A jest ono – uwierzcie mi – niezwykle obiecujące, dzięki czemu sięgnięcie po kontynuację jest tak naprawdę tylko i wyłącznie formalnością. 

Pomimo kilku minusów w postaci kreacji bohaterów oraz wątku romantycznego oceniam tę książkę pozytywnie. Spodobała mi się przedstawiona przez autorkę reinterpretacja „Baśni tysiąca i jednej nocy” oraz czerpanie inspiracji z kilku różnych kultur jak chociażby arabska czy hinduska, których wpływy są w tej powieści bardzo widoczne. Przypadł mi do gustu również bardzo obiecujący wątek magiczny, zaledwie lekko muśnięty przez Renée Ahdieh, który jest bardzo ciekawym dodatkiem do całości powieści, jednak nie tracę nadziei, że w drugim tomie zostanie on znacznie bardziej rozbudowany. Czy mogło być lepiej? Oczywiście, że mogło, nie ukrywam, że po tych wszystkich zachwytach, z którymi spotkałam się na Goodreads oczekiwałam prawdziwej petardy, niemniej jednak autorka wykreowała bardzo dobrą, solidną powieść, która – nie wątpię – przypadnie do gustu wielu czytelnikom. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.