23 marca 2017

Czas żniw, Samantha Shannon


O „Czasie żniw” słyszałam naprawdę bardzo wiele dobrego, jednak klasycznie już jeżeli chodzi o książki bardziej popularne – przez dłuższy czas nie było mi z tą powieścią po drodze. Widząc jednak informację o zbliżającej się premierze 3 części tej siedmiotomowej serii („Pieśń jutra” 26 kwietnia ma pojawić się na rynku) postanowiłam zapoznać się w końcu z przygodami Paige i koniec końców sięgnęłam wreszcie po pierwszy tom tej zachwalanej przez wielu czytelników serii. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu odłożyłam tę książkę bardzo rozczarowana – po „Czasie żniw” spodziewałam się bowiem czegoś znacznie więcej. 

Mamy rok 2059. Główną bohaterką tej powieści jest dziewiętnastoletnia Paige Mahoney, która jest sennym wędrowcem, pracuje w kryminalnym podziemiach Londynu i na zlecenie swojego szefa – Jaxona Halla – włamuje się do ludzkich umysłów. Pewnego dnia zostaje ona w tajemniczych okolicznościach porwana i przetransportowana do Oxfordu, kolonii karnej od dwustu lat utrzymywanej w sekrecie, nad którą władzę sprawuje obca rasa Refaitów. Od tego momentu Paige zostaje niewolnicą Naczelnika i jej jedyną szansą na wolność jest podporządkowanie się swojemu nowemu panu oraz panującym w tym miejscu zasadom. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem świata, jaki wykreowała autorka, ponieważ przedstawiono go w tak dokładny, pełen detali sposób, że nie ma tutaj miejsca na żadne domysły w celu wypełnienia jakichkolwiek możliwych luk. Już od pierwszych stron nie sposób zauważyć, jak doskonale Samantha Shannon przemyślała sobie wszelkie drobiazgi mające umożliwić czytelnikowi dokładne wyobrażenie sobie świata, w jakim przyszło żyć głównej bohaterce i rządzącymi się nim praw. Mix nieco steampunkowego klimatu, totalitaryzmu, państwa policyjnego i obozów pracy sprawia, że otrzymujemy mieszankę niemalże wybuchową, która hipnotyzuje czytelnika już od pierwszej strony. 

O ile kreacja tego świata zaparła mi dech w piersi, to jednak nadmiar informacji, którymi zostałam praktycznie zbombardowana przez pierwsze strony sprawił, że poczułam pewnego rodzaju irytytację. Irytację na chaos, który zapanował na samym początku, irytację na małą przystępność tych informacji, co było powodem czytania tej powieści w bardzo wolnym tempie (przynajmniej właśnie przez te pierwsze strony) oraz przede wszystkim irytację na samą siebie, że nie potrafiłam błyskawicznie tego wszystkiego pojąć, przez co do pewnego momentu jedynie 3/4 książki było dla mnie w stu procentach zrozumiałe. Chociaż... może to nie jest moja wina, tylko wina autorki? 

„Czas żniw” liczy sobie prawie 500 stron i jak na tak bogatą objętościowo książkę jej akcja toczy się w zaskakująco powolnym tempie. Zabrakło mi w niej pewnego dynamizmu, który sprawiłby, że podczas czytania podskiwałabym w podekscytowaniu, oczekując na to, co dopiero miałoby nadejść. Zdecydowanie również zabrakło mi napięcia towarzyszącego akcji, a także tej cudownej niepewności, dzięki której mogłabym dosłownie pożreć tę książkę bez połykania. Spodziewałam się po prostu, że akcja w tej powieści będzie trochę bardziej intensywna i ekscytująca, nic takiego niestety nie otrzymałam i jest to największy powód mojego rozczarowania w przypadku tej lektury. 

Co nie znaczy wcale, że nudziłam się podczas jej czytania! Pojawił się bowiem taki moment, który naprawdę przykuł moją uwagę, który sprawił, że zaczęłam mieć nadzieję na to, iż mnie również dosięgnie zachwyt panujący wokół tej powieści. Bardzo polubiłam główną bohaterkę tej książki, zaimponował mi jej charakter, samodzielność, świadomość podejmowanych decyzji i godzenie się z ich konsekwencjami oraz przede wszystkim lojalność wobec najbliższych. Spodobało mi się również jej częste powracanie do wspomnień z przeszłości, dzięki czemu mogłam poznać początki jej jasnowidztwa oraz pracę w kryminalnym światku. W pewnym momencie jednak cała moja ciekawość zdawała się powoli ulatywać, przez co czytanie tej książki z prawdziwym pragnieniem poznania dalszych losów Paige i jej walki o wolność stało się po prostu biernym, uprzejmym zainteresowaniem, niczym więcej. 

Doskonale wiedziałam, że w tej książce pojawia się jakiś wątek romantyczny, jednak nie miałam pojęcia kiedy dokładnie i między kim będzie on się rozwijał. Dlatego też byłam szczerze zachwycona tym, że zdecydowana większość tej powieści pozbawiona jest tego romantycznego aspektu oraz skupia się tylko i wyłącznie na przeżyciach głównej postaci. Romans pojawia się dopiero tak naprawdę pod sam koniec powieści i szczerze mówiąc to ostatnie 50 stron czytałam już bardzo sfrustrowana, nie mogąc się doczekać, aż będę mogła wreszcie odłożyć tę książkę na półkę. Powodem mojego zirytowania (delikatnie mówiąc) jest właśnie ten nieszczęsny romans, z dwóch głównych względów. Po pierwsze, miałam wrażenie, jakby pojawił się on ni stąd, ni zowąd. Wcześniejsze relacje między Paige a Naczelnikiem w ani jednym momencie nie zwiastowały możliwego między nimi uczucia (ciężko się dziwić, biorąc pod uwagę okoliczności znalezienia się Paige pod władzą Naczelnika), a sama główna bohaterka nigdy wcześniej nie wspomniała chociażby drobną sugestią, że mogłaby darzyć tę postać jakimikolwiek cieplejszymi uczuciami poza nienawiścią, niechęcią i pogardą. Po drugie, jestem bardzo zniesmaczona tym, że autorka postanowiła wepchnąć bohaterkę w związek z jej oprawcą, który ją więził, zniewolił, nadużywał wobec niej swojej władzy oraz odurzał, aby wykorzystać ją do swoich własnych celów (i na całe szczęście nie mam tutaj na myśli gwałtu, chociaż i te elementy w jakimś stopniu pojawiają się niestety w tej książce), a na dodatek usprawiedliwiał swoje działania pobudkami, które na dobrą sprawę nie mają w tej sytuacji żadnego znaczenia. Faktem jest, że kreowanie tak niezdrowego, odpychającego wręcz związku w książce, po którą sięgają głównie nastoletni czytelnicy jest czymś, czemu absolutnie zawsze będę przeciwna. 

Przyznaję otwarcie, że oczekiwałam po tej powieści czegoś znacznie więcej. Może nie liczyłam na nie wiadomo jakie zachwyty skutkujące ocenieniem tej książki na pięć gwiazdek, ale chciałam otrzymać chociażby tak dobrą lekturę, abym nie wahała się przed sięgnięciem po jej kontynuację. Niestety jednak mało interesujące wydarzenia, niezbyt wartka akcja i utrata szacunku wobec tej powieści, spowodowana tego rodzaju wątkiem romantycznym sprawiają, że obok „Zakonu mimów” przejdę raczej obojętnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.