„Gra” Andersa de la Motte to książka, którą być może poznaliście wcześniej pod tytułem [geim], gdyż jest to wznowienie powieści, która została początkowo wydana w 2012 roku. Przyznam szczerze, że bardzo cieszę się z tego wydania, już pomijając samą dużo lepszą oprawę graficzną, to wznowienie to było moją przepustką do przeczytania tej książki, na co okazja zbyt szybko zapewne by się nie znalazła. Nie mogę niestety w 100% pochwalić tej powieści, ponieważ nie spełniła ona moich oczekiwań.
W powieści tej poznajemy dwójkę bohaterów, a jednym z nich jest Henrik HP Pettersson, bezrobotny, 30-letni mężczyzna, który uwielbia marihuanę i bycie w centrum uwagi. Kiedy pewnego dnia odnajduje tajemniczy telefon, dowiaduje się o istnieniu Gry w Alternatywną Rzeczywistość, której całkowicie się oddaje. Jakie konsekwencje czekają go po dołączeniu do tej nieznanej społeczności? Drugą postacią jest Inspektor Rebecca Normén, posiadająca z pozoru całkowitą kontrolę nad swoim życiem, która jednak otrzymuje listowne pogróżki nawiązujące do jej tragicznej przeszłości. Kto jej grozi i jaki ma w tym cel?
Początek tej książki był znakomity i to muszę przyznać. Byłam niemal przekonana, że reszta powieści też taka będzie, że trafiła w moje ręce lektura niemal znakomita, która na długo zapadnie mi w pamięć. O ile początek jednak był cudownie zajmujący, akcja rozpoczynała się już od pierwszych stron, a jej tempo przez długi czas nie ustawało, to... po kilku rozdziałach zaczęło wiać nieprzyjemną nudą. Czytanie nie było już przyjemnością, a tak naprawdę tylko zmuszaniem się do dokończenia tej książki, nie czułam już zainteresowania fabułą, nie kibicowałam bohaterom, kompletnie przestały obchodzić mnie ich losy. I szczerze przyznaję, że gdyby nie zaskakujące zakończenie, to nawet nie pomyślałabym o sięgnięciu po drugą część tej trylogii.
Co mnie dosyć mocno irytowało w tej książce to język autora i jest to kolejna książka, którą czytałam, a która posiada ten problem. Generalnie nie mam nawet najmniejszego problemu z wulgaryzmami, kompletnie nie przeszkadzają mi one w książkach, w przypadku tej powieści czułam się jednak wręcz ogromnie zażenowana podczas czytania niektórych wypowiedzi głównego bohatera. Używał on sformułowań, które najzwyczajniej w świecie mnie irytowały, a granicę w tym temacie przekroczyły nieustannie pojawiające się angielskie wstawki - co gorsza - czasami tłumaczone dokładnie tak, jak je słyszymy, typu: „najs”, „dżołk” i „risercz”. Gdyby ich ilość została drastycznie zmniejszona, wówczas na pewno nie odczuwałabym przemożonej chęci do zamknięcia tej książki.
Nie mogę uznać tej lektury za dobry thriller, ponieważ nie wywoływała ona we mnie emocji, które z reguły porządny thriller wywoływać powinien. Nie czułam żadnego, narastającego napięcia, niezbyt interesowało mnie to, co spotka w późniejszym czasie bohaterów, nie zaciskałam także pięści z nerwów w drastyczniejszych momentach. To, że zakończenie wywarło na mnie pozytywne wrażenie i sprawiło, iż mam ochotę na sięgnięcie po drugą część tej trylogii, tak naprawdę niczego nie zmienia. Jestem trochę zawiedziona tą książką, ponieważ spodziewałam się niestety czegoś więcej.
Ocena: 6/10