Złodziejka Książek nie jest i nigdy nie będzie blogiem lifestylowym, jednakże jakaś drobna przerwa od tematów książkowych nie jest niczym złym, więc pozwoliłam sobie z takiej przerwy skorzystać. Dlaczego postanowiłam napisać o dzieciństwie, a nie o czymkolwiek innym, dlaczego nie o jakimkolwiek innym temacie? Cóż, prawda jest taka, że większość mojego dzieciństwa wspominam bardzo dobrze, na tyle dobrze, żeby napisać Wam o jego elementach, które nieustannie wywołują uśmiech na moich ustach, o elementach, które do końca będą mi się kojarzyć tylko i wyłącznie z dzieciństwem, o smakach, zapachach i radościach, które już nigdy nie będą takie same. Jeżeli zatem macie ochotę o tym poczytać to polecam zaopatrzyć się w coś do picia, ewentualnie w jakąś przekąskę, bo post będzie dosyć obfity i zapraszam.
Złote myśli
Pamiętacie? Gruby lub cieńszy zeszyt, twarda lub miękka okładka, a w nim na pierwszych stronach dowolna ilość pytań, na które wybrane osoby miały odpowiedzieć. Obowiązkowo pytania w stylu „masz sympatię?”, „co o mnie myślisz?”, „kogo z klasy nie lubisz?” oraz „podpisz się na końcu”, przez co ostatnia kartka była cała zapisana przeróżnymi nickami czy pełnym imieniem i nazwiskiem, przy czym po wielkości podpisu z łatwością można było wywnioskować, czyje ego jest największe. Miałam dwa takie zeszyty, jeden na początku podstawówki, drugi pod koniec, oba pełne zwierzeń innych osób, bo przecież przez kilka lat tak wiele mogło się zmienić! Sympatie zmieniały się z prędkością światła. Ktoś nie pożyczył ci kredki lub zgubił ulubiony, żelowy długopis? Przekichane, nie ma szans, żeby to dalej była osoba, którą się lubi. Nie mam pojęcia, czy faza na tzw. „Złote myśli” wciąż krąży w podstawówkach, jednak jeżeli nie, to tym bardziej uważam ten element mojego dzieciństwa za wyjątkowy.
Segregator z karteczkami
Och, to dopiero było coś! Na pewno są tutaj osoby w moim wieku lub starsze, które to pamiętają i być może również przeżyły modę na własną kolekcję przeróżnych karteczek. Kupowało się je zazwyczaj w księgarniach lub w sklepach typowo papierniczych, nie wiem, ile konkretnie takich karteczek z jednakowym nadrukiem było w pliku, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze to, że starczyło na wymienianie się, bo przecież wszystko polegało na posiadaniu jak najprzeróżniejszej kolekcji z jak najbardziej unikatowymi karteczkami, które były cenniejsze od powietrza i których za nic by się nie oddało. Oczywiście jak najładniejszy segregator był tutaj niemal obowiązkowy (ja miałam niebieski z Kubusiem Puchatkiem - „so cool!”). Może nie myślę o sobie jako kimś mega sentymentalnym, ale przyznam się, że wszystkie te karteczki trzymam w szafie i ani myślę ich wyrzucić.
Zabawy na dworze 24h na dobę
Teraz wszyscy wspominają te chwile z łezką oku, a niektórzy rodzice starają się przegadać do pociech, żeby nie siedziały non-stop przed komputerem, PlayStation, iPodem, iPadem i inną mega super odjazdową technologią, przez wielu uważaną za wyznacznik bycia fajnym. Komputer dostałam jak miałam 9 lat, jednak internetu nie miałam jeszcze przez kilka dobrych lat, więc jaki był sens siedzieć w domu i wlepiać oczy w telewizor? Nie lepiej było z samego rana wyleźć z łóżka, na biegu zjeść śniadanie i wylecieć do innych dzieciaków, które czekały, aż zbierze się cała ekipa i dopiero wtedy rozpoczynała się zabawa? Oczywiście, że lepiej! Moja mama wciąż opowiada, że kiedy późnym wieczorem wszystkie dzieciaki wracały do domów to ciężko było rozpoznać, które dziecko jest czyje i dopiero podczas kąpania oraz pozbycia się brudu można było określić, czy zgarnęło się do domu swoje dziecko, czy może kogoś innego.
Ach, to było cudowne. Latem wspinałam się po drzewach, z czego mam dwa traumatyczne wspomnienia (raz noga utknęła mi między dwiema gałęziami i darłam się tak, że pół wsi mnie słyszało, a drugi raz podczas huśtania się na gałęzi spadłam z dość dużej wysokości na plecy i z tego powodu przez kilka minut nie mogłam mówić - nie polecam), zimą natomiast najczęściej ślizgałam się z innymi dzieciakami po rowach i jeziorze (też nie polecam, bywa niebezpiecznie). Granie w zbijaka, w kluchy, skakanie przez gumę, w podchody, w klasy, w Warszawę i tysiąc innych gier o niezwykle ambitnych nazwach, których już teraz nie pamiętam - to było coś!
Pegasus
Dla tych, którzy nie ogarniają - Pegasus to taka wypasiona konsola, do której nie umywa się żadne PS3 czy inne cuda niewidy, choć nie raz na takim sprzęcie grałam. Wiecie, że dalej ją mam? Ba, wciąż działa! Z jej podłączaniem jest sporo roboty, bo jest mnóstwo rzeczy do ogarnięcia, monitor, nieustannie psujące się joysticki, pistolet (bo jak inaczej strzelać do kaczek w słynnej grze z psem, który śmieje się, kiedy nie trafiasz?), a jednak nie mogłam się powstrzymać i podłączyłam Pegasusa nie dalej jak przed maturą, ot, dla odprężenia. Oczywiście to już nie było to samo, niż wtedy, gdy grało się ze znajomymi, czy chociażby w gronie rodziny, ale jednak miło było przypomnieć sobie emocje towarzyszące poszczególnym grom. Zwłaszcza, kiedy dyskietek jest od groma, więc jest w czym przebierać. Contra, Duck Hunt, Super Mario Bros, Popeye, Adventure Island, Antarctic Adventure, Chip 'n Dale Rescue Rangers i wiele, wiele więcej cudownych gier, których klimatu nic, nigdy nie zastąpi.
Żelowe długopisy
To właśnie o nich pisałam w drugim akapicie, gdy byłam w podstawówce, wówczas żelowe długopisy były prawdziwym hitem! Nie uległam im zbyt szybko, to muszę przyznać, posiadanie ich kompletnie mnie nie kręciło, poza tym skoro tragicznie wręcz rozmazywałam pióro (na sobie, na ławce, na książkach), to co by było, gdyby żelowe długopisy trafiły w moje ręce?! Katastrofa murowana, a jednak i ja się w końcu poddałam. Miałam chyba wszelkie możliwe kolory, a pisanie nimi sprawiało mi niesamowitą przyjemność.
Gumy z tatuażami
Z resztą nie tylko z tatuażami, także i z obrazkami aut, motocykli i różnych innych środków transportu, jak chociażby gumy Turbo, które smakowały po prostu obłędnie. Nie za wiele mam niestety do napisania na ich temat, może poza faktem, że przyklejałam czasami nawet kilkanaście tatuaży na całym ciele, gdzie tylko się dało, co wyglądało przekomicznie. Ale co zrobić? To po prostu było „cool”.
Pokemony
Nie będę tego nawet ukrywać, w dzieciństwie miałam ogromną obsesję na ich punkcie. Równie dobrze mogłabym napisać w tym miejscu o genialnym i bardzo popularnym anime o tytule Naruto, na którym się wychowałam, zdałam jednak sobie sprawę z tego, że to bardziej na Pokemonach ukształtowałam ogromną część swojego dzieciństwa. O ile dobrze pamiętam to nowe odcinki szczęśliwie leciały właśnie wtedy, kiedy wracałam ze szkoły, byłam już w domu i spokojnie mogłam zjeść obiad z oczami wlepionymi w telewizor. Później natychmiastowo wybiegałam na dwór, gdzie spędzałam resztę wolnego dnia i gdzie - jak zapewne możecie się domyślić - bawiłam się ze znajomymi w zabawy przypominające tematyką tę bajkę. Nawet nie każcie mi tego opisywać, bo teraz, z moją dwudziestką na karku samo przypomnienie sobie o tej obsesji wpędza mnie w niemałe zażenowanie.
A jednak, obsesja była, i to dosyć ogromna. Pamiętam, że posiadałam gigantyczny plakat z mnóstwem Pokemonów, na który nalepiało się nalepki znajdujące się w chipsach oraz zbierało tazosy, takie malutkie metalowe lub plastikowe krążki z obrazkami Pokemonów. Jakby tego było mało, moja mama jakimś cudem znalazła w jakimś sklepie maskotkę Pikachu, która chyba do tej pory kurzy się w jakimś pudle lub leży na strychu (nie mam zielonego pojęcia) oraz mały portfelik również w kształcie tego pokemona, który także powinien znajdować się w niezidentyfikowanym miejscu mojego domu. Mimo wszystko z łezką w oku wspominam radosne czasu uwielbiania tych małych, kolorowych stworków.
Nie będę Wam oczywiście wypisywać wszystkich elementów, które kojarzą mi się z moim dzieciństwem, ponieważ jest ich zdecydowanie zbyt wiele, nie chciałabym więc, żeby post ten wyszedł jeszcze dłuższy. Mogłabym równie dobrze wspomnieć o Harrym Potterze, o książkach, które czytano mi, gdy byłam jeszcze bardzo mała, o bajce Witch, o lodowych pałeczkach, o słodkim, zagęszczonym mleku w tubce (to już tak w temacie smaków wspomnianych w pierwszym akapicie), o tym, że gdy skończyła się moja faza na Pokemony i Pikachu to przyszła ona na Beyblade i zabawki z tej bajki, których miałam dosyć sporo. Na tym kończę ten wpis (możecie odetchnąć z ulgą) i śmiało piszcie w komentarzach, z czym Wam kojarzy się dzieciństwo. Dołączcie się do wspominania! ;)
Złote myśli
Pamiętacie? Gruby lub cieńszy zeszyt, twarda lub miękka okładka, a w nim na pierwszych stronach dowolna ilość pytań, na które wybrane osoby miały odpowiedzieć. Obowiązkowo pytania w stylu „masz sympatię?”, „co o mnie myślisz?”, „kogo z klasy nie lubisz?” oraz „podpisz się na końcu”, przez co ostatnia kartka była cała zapisana przeróżnymi nickami czy pełnym imieniem i nazwiskiem, przy czym po wielkości podpisu z łatwością można było wywnioskować, czyje ego jest największe. Miałam dwa takie zeszyty, jeden na początku podstawówki, drugi pod koniec, oba pełne zwierzeń innych osób, bo przecież przez kilka lat tak wiele mogło się zmienić! Sympatie zmieniały się z prędkością światła. Ktoś nie pożyczył ci kredki lub zgubił ulubiony, żelowy długopis? Przekichane, nie ma szans, żeby to dalej była osoba, którą się lubi. Nie mam pojęcia, czy faza na tzw. „Złote myśli” wciąż krąży w podstawówkach, jednak jeżeli nie, to tym bardziej uważam ten element mojego dzieciństwa za wyjątkowy.
Segregator z karteczkami
Och, to dopiero było coś! Na pewno są tutaj osoby w moim wieku lub starsze, które to pamiętają i być może również przeżyły modę na własną kolekcję przeróżnych karteczek. Kupowało się je zazwyczaj w księgarniach lub w sklepach typowo papierniczych, nie wiem, ile konkretnie takich karteczek z jednakowym nadrukiem było w pliku, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze to, że starczyło na wymienianie się, bo przecież wszystko polegało na posiadaniu jak najprzeróżniejszej kolekcji z jak najbardziej unikatowymi karteczkami, które były cenniejsze od powietrza i których za nic by się nie oddało. Oczywiście jak najładniejszy segregator był tutaj niemal obowiązkowy (ja miałam niebieski z Kubusiem Puchatkiem - „so cool!”). Może nie myślę o sobie jako kimś mega sentymentalnym, ale przyznam się, że wszystkie te karteczki trzymam w szafie i ani myślę ich wyrzucić.
Zabawy na dworze 24h na dobę
Teraz wszyscy wspominają te chwile z łezką oku, a niektórzy rodzice starają się przegadać do pociech, żeby nie siedziały non-stop przed komputerem, PlayStation, iPodem, iPadem i inną mega super odjazdową technologią, przez wielu uważaną za wyznacznik bycia fajnym. Komputer dostałam jak miałam 9 lat, jednak internetu nie miałam jeszcze przez kilka dobrych lat, więc jaki był sens siedzieć w domu i wlepiać oczy w telewizor? Nie lepiej było z samego rana wyleźć z łóżka, na biegu zjeść śniadanie i wylecieć do innych dzieciaków, które czekały, aż zbierze się cała ekipa i dopiero wtedy rozpoczynała się zabawa? Oczywiście, że lepiej! Moja mama wciąż opowiada, że kiedy późnym wieczorem wszystkie dzieciaki wracały do domów to ciężko było rozpoznać, które dziecko jest czyje i dopiero podczas kąpania oraz pozbycia się brudu można było określić, czy zgarnęło się do domu swoje dziecko, czy może kogoś innego.
Ach, to było cudowne. Latem wspinałam się po drzewach, z czego mam dwa traumatyczne wspomnienia (raz noga utknęła mi między dwiema gałęziami i darłam się tak, że pół wsi mnie słyszało, a drugi raz podczas huśtania się na gałęzi spadłam z dość dużej wysokości na plecy i z tego powodu przez kilka minut nie mogłam mówić - nie polecam), zimą natomiast najczęściej ślizgałam się z innymi dzieciakami po rowach i jeziorze (też nie polecam, bywa niebezpiecznie). Granie w zbijaka, w kluchy, skakanie przez gumę, w podchody, w klasy, w Warszawę i tysiąc innych gier o niezwykle ambitnych nazwach, których już teraz nie pamiętam - to było coś!
Pegasus
Dla tych, którzy nie ogarniają - Pegasus to taka wypasiona konsola, do której nie umywa się żadne PS3 czy inne cuda niewidy, choć nie raz na takim sprzęcie grałam. Wiecie, że dalej ją mam? Ba, wciąż działa! Z jej podłączaniem jest sporo roboty, bo jest mnóstwo rzeczy do ogarnięcia, monitor, nieustannie psujące się joysticki, pistolet (bo jak inaczej strzelać do kaczek w słynnej grze z psem, który śmieje się, kiedy nie trafiasz?), a jednak nie mogłam się powstrzymać i podłączyłam Pegasusa nie dalej jak przed maturą, ot, dla odprężenia. Oczywiście to już nie było to samo, niż wtedy, gdy grało się ze znajomymi, czy chociażby w gronie rodziny, ale jednak miło było przypomnieć sobie emocje towarzyszące poszczególnym grom. Zwłaszcza, kiedy dyskietek jest od groma, więc jest w czym przebierać. Contra, Duck Hunt, Super Mario Bros, Popeye, Adventure Island, Antarctic Adventure, Chip 'n Dale Rescue Rangers i wiele, wiele więcej cudownych gier, których klimatu nic, nigdy nie zastąpi.
Żelowe długopisy
To właśnie o nich pisałam w drugim akapicie, gdy byłam w podstawówce, wówczas żelowe długopisy były prawdziwym hitem! Nie uległam im zbyt szybko, to muszę przyznać, posiadanie ich kompletnie mnie nie kręciło, poza tym skoro tragicznie wręcz rozmazywałam pióro (na sobie, na ławce, na książkach), to co by było, gdyby żelowe długopisy trafiły w moje ręce?! Katastrofa murowana, a jednak i ja się w końcu poddałam. Miałam chyba wszelkie możliwe kolory, a pisanie nimi sprawiało mi niesamowitą przyjemność.
Gumy z tatuażami
Z resztą nie tylko z tatuażami, także i z obrazkami aut, motocykli i różnych innych środków transportu, jak chociażby gumy Turbo, które smakowały po prostu obłędnie. Nie za wiele mam niestety do napisania na ich temat, może poza faktem, że przyklejałam czasami nawet kilkanaście tatuaży na całym ciele, gdzie tylko się dało, co wyglądało przekomicznie. Ale co zrobić? To po prostu było „cool”.
Pokemony
Nie będę tego nawet ukrywać, w dzieciństwie miałam ogromną obsesję na ich punkcie. Równie dobrze mogłabym napisać w tym miejscu o genialnym i bardzo popularnym anime o tytule Naruto, na którym się wychowałam, zdałam jednak sobie sprawę z tego, że to bardziej na Pokemonach ukształtowałam ogromną część swojego dzieciństwa. O ile dobrze pamiętam to nowe odcinki szczęśliwie leciały właśnie wtedy, kiedy wracałam ze szkoły, byłam już w domu i spokojnie mogłam zjeść obiad z oczami wlepionymi w telewizor. Później natychmiastowo wybiegałam na dwór, gdzie spędzałam resztę wolnego dnia i gdzie - jak zapewne możecie się domyślić - bawiłam się ze znajomymi w zabawy przypominające tematyką tę bajkę. Nawet nie każcie mi tego opisywać, bo teraz, z moją dwudziestką na karku samo przypomnienie sobie o tej obsesji wpędza mnie w niemałe zażenowanie.
A jednak, obsesja była, i to dosyć ogromna. Pamiętam, że posiadałam gigantyczny plakat z mnóstwem Pokemonów, na który nalepiało się nalepki znajdujące się w chipsach oraz zbierało tazosy, takie malutkie metalowe lub plastikowe krążki z obrazkami Pokemonów. Jakby tego było mało, moja mama jakimś cudem znalazła w jakimś sklepie maskotkę Pikachu, która chyba do tej pory kurzy się w jakimś pudle lub leży na strychu (nie mam zielonego pojęcia) oraz mały portfelik również w kształcie tego pokemona, który także powinien znajdować się w niezidentyfikowanym miejscu mojego domu. Mimo wszystko z łezką w oku wspominam radosne czasu uwielbiania tych małych, kolorowych stworków.
Nie będę Wam oczywiście wypisywać wszystkich elementów, które kojarzą mi się z moim dzieciństwem, ponieważ jest ich zdecydowanie zbyt wiele, nie chciałabym więc, żeby post ten wyszedł jeszcze dłuższy. Mogłabym równie dobrze wspomnieć o Harrym Potterze, o książkach, które czytano mi, gdy byłam jeszcze bardzo mała, o bajce Witch, o lodowych pałeczkach, o słodkim, zagęszczonym mleku w tubce (to już tak w temacie smaków wspomnianych w pierwszym akapicie), o tym, że gdy skończyła się moja faza na Pokemony i Pikachu to przyszła ona na Beyblade i zabawki z tej bajki, których miałam dosyć sporo. Na tym kończę ten wpis (możecie odetchnąć z ulgą) i śmiało piszcie w komentarzach, z czym Wam kojarzy się dzieciństwo. Dołączcie się do wspominania! ;)