27 lipca 2014

Smak dzieciństwa, czyli garść wspomnień

Złodziejka Książek nie jest i nigdy nie będzie blogiem lifestylowym, jednakże jakaś drobna przerwa od tematów książkowych nie jest niczym złym, więc pozwoliłam sobie z takiej przerwy skorzystać. Dlaczego postanowiłam napisać o dzieciństwie, a nie o czymkolwiek innym, dlaczego nie o jakimkolwiek innym temacie? Cóż, prawda jest taka, że większość mojego dzieciństwa wspominam bardzo dobrze, na tyle dobrze, żeby napisać Wam o jego elementach, które nieustannie wywołują uśmiech na moich ustach, o elementach, które do końca będą mi się kojarzyć tylko i wyłącznie z dzieciństwem, o smakach, zapachach i radościach, które już nigdy nie będą takie same. Jeżeli zatem macie ochotę o tym poczytać to polecam zaopatrzyć się w coś do picia, ewentualnie w jakąś przekąskę, bo post będzie dosyć obfity i zapraszam.

Złote myśli
Pamiętacie? Gruby lub cieńszy zeszyt, twarda lub miękka okładka, a w nim na pierwszych stronach dowolna ilość pytań, na które wybrane osoby miały odpowiedzieć. Obowiązkowo pytania w stylu „masz sympatię?”, „co o mnie myślisz?”, „kogo z klasy nie lubisz?” oraz „podpisz się na końcu”, przez co ostatnia kartka była cała zapisana przeróżnymi nickami czy pełnym imieniem i nazwiskiem, przy czym po wielkości podpisu z łatwością można było wywnioskować, czyje ego jest największe. Miałam dwa takie zeszyty, jeden na początku podstawówki, drugi pod koniec, oba pełne zwierzeń innych osób, bo przecież przez kilka lat tak wiele mogło się zmienić! Sympatie zmieniały się z prędkością światła. Ktoś nie pożyczył ci kredki lub zgubił ulubiony, żelowy długopis? Przekichane, nie ma szans, żeby to dalej była osoba, którą się lubi. Nie mam pojęcia, czy faza na tzw. „Złote myśli” wciąż krąży w podstawówkach, jednak jeżeli nie, to tym bardziej uważam ten element mojego dzieciństwa za wyjątkowy.

Segregator z karteczkami
Och, to dopiero było coś! Na pewno są tutaj osoby w moim wieku lub starsze, które to pamiętają i być może również przeżyły modę na własną kolekcję przeróżnych karteczek. Kupowało się je zazwyczaj w księgarniach lub w sklepach typowo papierniczych, nie wiem, ile konkretnie takich karteczek z jednakowym nadrukiem było w pliku, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze to, że starczyło na wymienianie się, bo przecież wszystko polegało na posiadaniu jak najprzeróżniejszej kolekcji z jak najbardziej unikatowymi karteczkami, które były cenniejsze od powietrza i których za nic by się nie oddało. Oczywiście jak najładniejszy segregator był tutaj niemal obowiązkowy (ja miałam niebieski z Kubusiem Puchatkiem - „so cool!”). Może nie myślę o sobie jako kimś mega sentymentalnym, ale przyznam się, że wszystkie te karteczki trzymam w szafie i ani myślę ich wyrzucić.

Zabawy na dworze 24h na dobę
Teraz wszyscy wspominają te chwile z łezką oku, a niektórzy rodzice starają się przegadać do pociech, żeby nie siedziały non-stop przed komputerem, PlayStation, iPodem, iPadem i inną mega super odjazdową technologią, przez wielu uważaną za wyznacznik bycia fajnym. Komputer dostałam jak miałam 9 lat, jednak internetu nie miałam jeszcze przez kilka dobrych lat, więc jaki był sens siedzieć w domu i wlepiać oczy w telewizor? Nie lepiej było z samego rana wyleźć z łóżka, na biegu zjeść śniadanie i wylecieć do innych dzieciaków, które czekały, aż zbierze się cała ekipa i dopiero wtedy rozpoczynała się zabawa? Oczywiście, że lepiej! Moja mama wciąż opowiada, że kiedy późnym wieczorem wszystkie dzieciaki wracały do domów to ciężko było rozpoznać, które dziecko jest czyje i dopiero podczas kąpania oraz pozbycia się brudu można było określić, czy zgarnęło się do domu swoje dziecko, czy może kogoś innego.

Ach, to było cudowne. Latem wspinałam się po drzewach, z czego mam dwa traumatyczne wspomnienia (raz noga utknęła mi między dwiema gałęziami i darłam się tak, że pół wsi mnie słyszało, a drugi raz podczas huśtania się na gałęzi spadłam z dość dużej wysokości na plecy i z tego powodu przez kilka minut nie mogłam mówić - nie polecam), zimą natomiast najczęściej ślizgałam się z innymi dzieciakami po rowach i jeziorze (też nie polecam, bywa niebezpiecznie). Granie w zbijaka, w kluchy, skakanie przez gumę, w podchody, w klasy, w Warszawę i tysiąc innych gier o niezwykle ambitnych nazwach, których już teraz nie pamiętam - to było coś!


Pegasus
Dla tych, którzy nie ogarniają - Pegasus to taka wypasiona konsola, do której nie umywa się żadne PS3 czy inne cuda niewidy, choć nie raz na takim sprzęcie grałam. Wiecie, że dalej ją mam? Ba, wciąż działa! Z jej podłączaniem jest sporo roboty, bo jest mnóstwo rzeczy do ogarnięcia, monitor, nieustannie psujące się joysticki, pistolet (bo jak inaczej strzelać do kaczek w słynnej grze z psem, który śmieje się, kiedy nie trafiasz?), a jednak nie mogłam się powstrzymać i podłączyłam Pegasusa nie dalej jak przed maturą, ot, dla odprężenia. Oczywiście to już nie było to samo, niż wtedy, gdy grało się ze znajomymi, czy chociażby w gronie rodziny, ale jednak miło było przypomnieć sobie emocje towarzyszące poszczególnym grom. Zwłaszcza, kiedy dyskietek jest od groma, więc jest w czym przebierać. Contra, Duck Hunt, Super Mario Bros, Popeye, Adventure Island, Antarctic Adventure, Chip 'n Dale Rescue Rangers i wiele, wiele więcej cudownych gier, których klimatu nic, nigdy nie zastąpi.

Żelowe długopisy
To właśnie o nich pisałam w drugim akapicie, gdy byłam w podstawówce, wówczas żelowe długopisy były prawdziwym hitem! Nie uległam im zbyt szybko, to muszę przyznać, posiadanie ich kompletnie mnie nie kręciło, poza tym skoro tragicznie wręcz rozmazywałam pióro (na sobie, na ławce, na książkach), to co by było, gdyby żelowe długopisy trafiły w moje ręce?! Katastrofa murowana, a jednak i ja się w końcu poddałam. Miałam chyba wszelkie możliwe kolory, a pisanie nimi sprawiało mi niesamowitą przyjemność.

Gumy z tatuażami
Z resztą nie tylko z tatuażami, także i z obrazkami aut, motocykli i różnych innych środków transportu, jak chociażby gumy Turbo, które smakowały po prostu obłędnie. Nie za wiele mam niestety do napisania na ich temat, może poza faktem, że przyklejałam czasami nawet kilkanaście tatuaży na całym ciele, gdzie tylko się dało, co wyglądało przekomicznie. Ale co zrobić? To po prostu było „cool”.

Pokemony
Nie będę tego nawet ukrywać, w dzieciństwie miałam ogromną obsesję na ich punkcie. Równie dobrze mogłabym napisać w tym miejscu o genialnym i bardzo popularnym anime o tytule Naruto, na którym się wychowałam, zdałam jednak sobie sprawę z tego, że to bardziej na Pokemonach ukształtowałam ogromną część swojego dzieciństwa. O ile dobrze pamiętam to nowe odcinki szczęśliwie leciały właśnie wtedy, kiedy wracałam ze szkoły, byłam już w domu i spokojnie mogłam zjeść obiad z oczami wlepionymi w telewizor. Później natychmiastowo wybiegałam na dwór, gdzie spędzałam resztę wolnego dnia i gdzie - jak zapewne możecie się domyślić - bawiłam się ze znajomymi w zabawy przypominające tematyką tę bajkę. Nawet nie każcie mi tego opisywać, bo teraz, z moją dwudziestką na karku samo przypomnienie sobie o tej obsesji wpędza mnie w niemałe zażenowanie. 

A jednak, obsesja była, i to dosyć ogromna. Pamiętam, że posiadałam gigantyczny plakat z mnóstwem Pokemonów, na który nalepiało się nalepki znajdujące się w chipsach oraz zbierało tazosy, takie malutkie metalowe lub plastikowe krążki z obrazkami Pokemonów. Jakby tego było mało, moja mama jakimś cudem znalazła w jakimś sklepie maskotkę Pikachu, która chyba do tej pory kurzy się w jakimś pudle lub leży na strychu (nie mam zielonego pojęcia) oraz mały portfelik również w kształcie tego pokemona, który także powinien znajdować się w niezidentyfikowanym miejscu mojego domu. Mimo wszystko z łezką w oku wspominam radosne czasu uwielbiania tych małych, kolorowych stworków. 

Nie będę Wam oczywiście wypisywać wszystkich elementów, które kojarzą mi się z moim dzieciństwem, ponieważ jest ich zdecydowanie zbyt wiele, nie chciałabym więc, żeby post ten wyszedł jeszcze dłuższy. Mogłabym równie dobrze wspomnieć o Harrym Potterze, o książkach, które czytano mi, gdy byłam jeszcze bardzo mała, o bajce Witch, o lodowych pałeczkach, o słodkim, zagęszczonym mleku w tubce (to już tak w temacie smaków wspomnianych w pierwszym akapicie), o tym, że gdy skończyła się moja faza na Pokemony i Pikachu to przyszła ona na Beyblade i zabawki z tej bajki, których miałam dosyć sporo. Na tym kończę ten wpis (możecie odetchnąć z ulgą) i śmiało piszcie w komentarzach, z czym Wam kojarzy się dzieciństwo. Dołączcie się do wspominania! ;)

46 komentarzy:

  1. Ja osobiscie nadal mam obsesje na punkcie pokemonow, chociaz nie taka jak kiedys. Tez nie polecam spadania z wiekszych wysokosci, chociaa oczywiscie zanim sie spadlo bylo super ( I can fly !! ) :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli chodzi o Pokemony to mnie kręci tylko ta stara wersja, która leciała kilka lat temu w TV, a nie te nowe, które później się pojawiły, bo są za bardzo "unowocześnione" według mnie. Ale Pokemony to Pokemony, tego się nigdy nie zapomni. :D
      Z tym spadaniem najgorsze było to, że nigdy nie uczyłam się na błędach i raz za razem lądowałam na ziemi. Bolesne doświadczenia. :D

      Usuń
  2. Zgadzam się ze Złotymi Myślami, karteczkami i Pokemonami - jeju, Pokemony leciały jakoś po 14-tej i pamiętam, że biegłam z gimnazjum w te pędy (dobrze, że miałam blisko), żeby na nie zdążyć! Jeszcze przed Złotymi Myślami były pamiętniki, do których wpisywało się różne wierszyki. Obowiązkowo na pierwszej stronie właściciel pisał: "Proszę ładnie się wpisywać i karteczek nie wyrywać, bo karteczki się gniewają, gdy je dzieci wyrywają" :D Z bajek to jeszcze absolutny kult to było Sailor Moon (już jako dorosła osoba zaczęłam kupować mangi, brakuje mi jeszcze kilku części). Te wszystkie pierdoły z chipsów też zbierałam :D Choć najbardziej lubiłam karteczki ze zwierzakami ze Snaków. Było tam jakieś zwierzę, np. słoń i były napisane różne dane, np. ile waży, ile żyje etc. :) Były też takie karteczki z zagadkami dotyczącymi bajek i różnych różności - to było fajne, bo można było się sprawdzić i czegoś nauczyć.
    Dodałabym też chyba jeszcze tatuaże z gazet (dodawane do Popcornu, Dziewczyny) i plakaty z tychże, kiedyś się to przyklejało wszędzie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, w gazetach również było mnóstwo tatuaży, plakatów, ale były też takie nalepki, które trzeba było naprasować na koszulkę. :D Jak byłam młodsza to namiętnie kupowałam Bravo, a dzięki plakatom z tej gazety miałam cały (dosłownie CAŁY) pokój w plakatach, na każdej ścianie coś wisiało. Kawałek mojego sufitu jest trochę na skos i on też był wylepiony plakatami, masakra. Przez to miałam w pokoju tak ciemno, jak w jaskini, dobrze, że się tych plakatów pozbyłam. :D
      Co do Sailor Moon to przyznam się szczerze, że nigdy tego nie oglądałam, nie widziałam nawet jednego odcinka, ale czciłam za to Naruto. :) Razem z bratem namiętnie to oglądaliśmy i do tej pory uwielbiamy to anime. :D

      Usuń
  3. Złote Myśli nie dotarły do mojej szkoły, ale segregatory z karteczkami - jak najbardziej. Każda przerwa była wielką wymianą karteczek:) Moje dzieciństwo to Harry Potter, Kubuś Puchatek czytany na dobranoc, domowej roboty makaron, wspinanie (i spadanie) z drzew, niezapomniana huśtawka na placu zabaw, o którą biły się wszystkie dzieciaki z okolicy i wytarty pluszak o imieniu Reksio, z którym nie rozstawałam się nigdy aż do dziesiątego roku życia, kiedy poznałam Harry'ego Pottera i pokochałam Syriusza:) Zakon Feniksa był pierwszą i jedną z niewielu książek, podczas których lektury płakałam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie też tak było, każdą przerwę spędzało się w innym miejscu, żeby wymienić się karteczkami z każdą osobą, z jaką tylko się dało ubić taki interes. To było ekstra. :) Ja do tej pory mam pluszaki z dzieciństwa, które siedzą na półkach w moim pokoju i nieśmiało wyglądają zza książek. Syriusza również uwielbiam, to zdecydowanie moja ulubiona postać z tej serii. :)

      Usuń
  4. O, w swoim top-10 na ten temat też wymieniłam złote myśli, karteczki i Pegasusa - to były naprawdę piękne elementy dzieciństwa! O ciągłym siedzeniu na dworze, tzw. 'żelpenach' i gumach z tatuażami nie wspomniałam, ale faktycznie i u mnie zajmowały czołową pozycję :D Za to Pokemonów nie lubiłam, ugh. I pewne już raczej nie polubię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie pamiętam, czy widziałam to Top 10, koniecznie muszę do Ciebie zajrzeć i go poszukać. :) Co do Pokemonów to wydaje mi się, że to bajka typowa dla dziecięcych lat, już raczej nie dla starszych osób. ;)

      Usuń
    2. Być może jest między nami kilka lat różnicy i stąd bierze się to, że w moim dzieciństwie trochę inne produkcje były 'modne'. Oglądałam np. regularnie 'Czarodziejkę z Księżyca' i 'Atomówki', Pokemony to jednak późniejszy nieco okres.
      A ten top-10 to stare dzieje, sprzed paru lat, ale kojarzę, że wymieniałam tam jeszcze Tamagotchi, grę w gumę i Pegasusa - tęsknię za tymi czasami ogromnie! :)

      Usuń
    3. "Czarodziejki z Księżyca" nigdy nie widziałam i przypuszczam, że nie byłabym w stanie zachwycić się tą bajką w tym momencie. Natomiast "Atomówki" oglądałam jak szalona, ale największy szał ciał przeżywałam na "Gęsią skórkę", "Toma i Jerry'ego" czy chociażby na "Wilka i Zająca". :) Co do Tamagotchi to miałam tych zabawek tysiące, bo zawsze je w jakiś sposób psułam. ;)

      Usuń
  5. Ojeju, przez Ciebie ja sobie powspominałam :)
    Ja mam dwa segregatory z karteczkami - najwięcej mam ''Witch'', ''HSM'' i ''Kubusia Puchatka'' :D
    W podchody grałam ostatnio - jejku, ile zabawy, śmiechu i wrażeń! :)
    A ze swoich wspomnień pamiętam, że jak byłam mała to nałogowo oglądałam ''Code Lyoko''. Teraz nadal zdarzy mi się obejrzeć jeden odcinek i powspominać jak dręczyłam całą rodzinę (''Jeszcze chwilę!'', ''Zobacz, Zobacz!'')!
    Zapomniałabym wspomnieć o magazynach, gdzie były komiksy - ''Witch'', ''Kaczor Donald i spółka'' i wiele innych. Nadal mam u siebie w szafie parę numerów (potem zaczęłam wycinać obrazki i przyklejać je do zeszytu), które uwielbiałam!
    A lepienie pierogów, nauka jazdy na rowerze i nauka czytania to najlepsze moje wspomnienia z dzieciństwa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I właśnie o to mi chodziło, żeby wywołać te najsympatyczniejsze wspomnienia! ;) Za "HSM" akurat nigdy nie przepadałam, ale "Witch" było moją obsesją, namiętnie kolekcjonowałam również te gazetki, których miałam całą kolekcję, a których niestety się pozbyłam. Strasznie tego teraz żałuję, chciałabym móc do nich wrócić. :) "Code Lyoko" niestety nie znam, ale hitem mojego dzieciństwa była za to "Gęsia skórka", brrr. :)

      Usuń
  6. Świetny post! Nigdy nie miałem fazy na złote myśli i też nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek się z tym zetknął u innych dzieciaków, ale świetnie pamiętam obsesję na punkcie pamiętniczków - dawało się komuś taki do domu, a on się wpisywał, dawał jakieś naklejki, rysunki itp., a potem szło to do kolejnej osoby. Mam to dalej w domu i fajnie jednak mieć taką pamiątkę. :) Na karteczki u mnie była faza w przedszkolu - siadałeś na dywanie ze swoim segregatorem, a do ciebie podchodził ktoś z własnym i zaczynał się handel. :D I ah te zabawy od rana do późna... Pamiętam, jak nasze mamy wołały nas z okien tak, że cała wieś słyszała, a każdy odkrzykiwał tylko coś w stylu "zaraaaz", "no za chwiiiilę". :3 Pegasus mnie ominął niestety - jestem rocznik '98, więc u mnie bardziej to już komputer, chociaż też dostałem go dopiero w wieku 9 lat, ale wcześniej trochę grałem na sprzęcie brata (jeśli mi pozwolił...) lub obserwowałem, jak on gra - teraz jak sobie o tym myślę, to nie wiem, jaka z tego frajda, ale wtedy najwidoczniej wydawało mi się to przednią rozrywką. O żelowych długopisach u mnie raczej szumu nie było, a przynajmniej sobie nie przypominam. Za to tatuaże pamiętam bardzo dobrze! :D Może nie te z gum, ale z jakichś Monte czy innych badziewi, to owszem. Obklejony od rąk po nogi wychodziłem na wieś się pokazać - niech patrzą, niech zazdroszczą! ^^ A pokemony... TAZOSY! Biedna babcia, którą już po zmroku zamęczałem grą (jeszcze miałem te stare krążki, odziedziczone po bracie)... Ale pokemony do dzisiaj są spoko (chociaż niekoniecznie te nowsze wersje kreskówki). A ze smaków najlepiej wspominam truskawkowe Milky Way'e... Ah, dlaczego ich już nie sprzedają w Polsce... :c
    Dzięki za chwilę powrotu do dzieciństwa! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie również była faza na te pamiętniki z wierszykami, w którą ja osobiście wkroczyłam dosyć późno, ale dalej mam swój pamiętniczek, który... przemalowałam na czarno. :D Kurczę, a był taki piękny, kolorowa okładka, z brokatem, w fajne wypukłe wzorki. Zero szacunku z mojej strony. :D
      Szkoda, że ominął Cię Pegasus, bo granie na nim było naprawdę mega frajdą. :)
      Milky Way, rety, nie przypominaj mi, bo się głodna robię. *___*

      Usuń
  7. Jesteś sporo strasza ode mnie (nie dawno skończyłam 14 lat), ale większość aspektów mojego dzieciństwa wyglądało dokładnie tak samo! Do tej pory pamiętam jak zamiast normalnie pójść po kogoś do jego domu, dzwoniło się tylko domofonem lub krzyczało przez balkon z 3 piętra. Z resztą taki sam środek komunikacji funkcjonował między nami, a rodzicami, którym nie chciało się schodzić, więc tylko wystawiali głowy przez okno lub stawali na balkonie i wołali nas do domu. Nie ukrywam, że większość czasu spędzało się wtedy na niezniszczalnym i jedynym w swoim rodzaju trzepaku przed blokiem :) Ja także miałam niebieski segregator z Kubusiem Puchatkiem, obsesję na punkcie Witch i karteczek z nimi! A swoje złote myśli trzymam do tej pory. Pegasusa nie pamiętam, nie moje czasy, za to gumy z tatuażami jak najbardziej. No i oczywiście czeko-tubki! Co do żelowych długopisów to miałam ich od groma, ale nie brakowało mi także różnych różnistych kredek. Najlepiej tych bambino. To dopiero był prestiż :3 A pokemony oglądałam zawsze z moim młodszym bratem. Tak samo jak Budzika, Ziarno, Domisie, czy inne tego typu rzeczy :) Przypomniałaś mi jak to było kiedyś, bardzo Ci za to dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na szczęście nie wychowywałam się w mieście, ale domyślam się, że takie komunikowanie się przez domofon lub darcie się na cały głos musiało być kłopotliwe, bo zapewne nie zawsze rodzice słyszeli lub wiedzieli, że chodzi właśnie o nich. :) Trzepak to chyba typowa "zabawka" dla dzieciaków z miast, tak mi się przynajmniej wydaje, bo za każdym razem, gdy ktoś z miasta opowiada mi o swoim dzieciństwie to niezmiennie pojawia się w tej opowieści jeden element - trzepak. :D
      Kredki bambino również uwielbiałam, ale ich dużą wadą było to, że praktycznie natychmiast się łamały i później trzeba było malować takimi małymi, wkurzającymi elementami. :)

      Usuń
  8. Boże, tyle wspomnień... Chociaż ja te wszystkie rzeczy za sobą zostawiłam zaledwie kilka lat temu, to i tak już za nimi tęsknię i chętnie wspominam z przyjaciółmi. Pamiętam, jak w wakacje przychodziliśmy do domu po graniu w nogę wieczorem, bo chłodniej. Patrzyliśmy na zegar i się dziwiliśmy "Już 21.00?". To były wspaniałe czasy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, tak, podczas zabaw na dworze czas zawsze mijał zdecydowanie zbyt szybko, nawet się człowiek nie obejrzał, a tu wieczór i trzeba było wracać do domu. :) Ja nie raz tak straciłam rachubę czasu, że moi rodzice na maksa wkurzeni szukali mnie po całej wsi.

      Usuń
  9. Ah, te karteczki. Ja chyba jeszcze mam gdzieś na strychu segregator:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mój segregator już dawno wyrzuciłam, bo jakoś tak się stało, że został polany wodą i brzydko się zmarszczył, ale za to karteczki zachowałam. :D A już miałam je wyrzucić!

      Usuń
  10. Cudowny post, jestem osobą bardzo sentymentalną i uwielbiam sobie powspominać. Te segregatory z karteczkami to w pewnym czasie był mój bzik, zawsze starałam się mieć jak najładniejszy, lepszy od wszystkich koleżanek, taki, by mi zazdrościły. W zasadzie to na jednym się nie skończyło, bo jak przy przeprowadzce robiłam porządki na strychu, to znalazłam 3 - całe pełne i naprawdę widać, że w tamtym czasie o nie dbałam. Pamiętam też dobrze te zeszyty ze złotymi myślami - swojego nigdy nie prowadziłam, ale może też dlatego, że u mnie to nie było aż takie modne. U nas wtedy każdy kupował sobie pamiętnik i latał od koleżanki do koleżanki by ta się wpisywała jakąś rymowanką. No i te zabawy na dworze... kurczaki, ile z tego było frajdy! Owszem, zdarzało się wtedy siedzieć przed telewizorem (pamiętam, że moja mama nie cierpiała tego, bo jedyna stacja telewizyjna jaką ja i siostra oglądałyśmy to był Cartoon Network, a tam były głupawe bajki), ale nigdy zbyt długo, bo na dworze było tyle ciekawych rzeczy do roboty! Różne wojny, gry w chowanego po zmroku, klasy, budowanie swoich baz... Aż się chciałoby znowu być takim pyrtkiem i pobawić się! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jak już oglądałam telewizję to namiętnie oglądałam bajki na Fox Kids (później jako Jetix), ale niektóre bajki na tym kanale były równie porąbane. ;) Pamiętam jeszcze jak z koleżankami robiłyśmy sobie takie "bawionka" (tak na to mówiłyśmy), a tam z czerwonej cegły, piasku, z białej cegły robiłyśmy zupki, jakieś dania, po prostu gotowałyśmy co tylko się dało. :D

      Usuń
  11. Chip 'n Dale! Super MArio Bros! No i pies... to już chyba klasyk.
    Pokemony nie były mi aż tak bliskie, ale starsza siostra nawet kilka miesięcy temu oglądała to od początku...
    Pamiętam kiedy w zerówce wszyscy przynosili segregatory i był lans brokatową kartką! A jeżeli to była brokatowa kartka w trochę innym kształcie i była jedną z tych limitowanych to... wow!
    Pamiętam zabawy na dworze... Ja dostałam komputer dopiero w wieku sześciu lat, ale tak samo nie miałam jeszcze internetu, a poza tym i tak nie ogarniałam tego wszystkiego...
    Za to uwielbiałam przesiadywać przed telewizorem! Zazwyczaj ktoś mi włączał bajkę na kasecie ("Mustang z Dziekiej Doliny" albo "Zaczarowany Świat Belli") i siedziałam na dywanie (po co wykorzystać fotel?) wpatrzona w ekran, tak że nie dało się mnie odciągnąć, a kiedy się seans kończył... był wypad na podwórko. I przebieranie się za pannę młodą, czyli w sukienkę z komunii starszej siostry i zbieranie chwastów na bukiet w różowych gumiakach...
    Nie mogę też zapomnieć o byciu natrętną młodszą siostrą, która wszędzie chodzi za starszą... :D
    Pozdrawiam gorąco! :D
    PS. Fajny wpis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam jeszcze całą masę kaset VHS, na które mama nagrywała mi bajki, żebym później mogła je sobie puszczać, kiedy tylko najdzie mnie ochota, mam tam mnóstwo odcinków Kubusia Puchatka, Toma i Jerry'ego i innych bajek, których nazw nawet nie kojarzę. :D Fajne czasy. ;)

      Usuń
  12. Taaaak! Złote Myśli, gra w gume, karteczki, Naruto , Król Szamanów, Hamtaro, filofuny, bransoletki z muliny, tamagotchi, Odlotowe agentki, andruty, zabawy w Witch, budowanie fortów z kocy i poduszek... Dzieciństwo było cudowne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, Król Szamanów to również moja bajka, pamiętam również Hamtaro (gdzieś nawet powinnam mieć jego maskotkę, albo już ją wyrzuciłam), no i oczywiście Digimony, bardzo dobre zastępstwo Pokemonów. :) Bransoletek z muliny nie robiłam, ale za to uwielbiałam robić takie breloczki z plastikowych rzemyków, które do tej pory można gdzieś kupić w kiosku. :)

      Usuń
  13. Pamiętam to wszystko! <3 Kurcze, uświadomiłaś mi, jaka stara jestem, i że takie cudowne chwile już nie wrócą. Szkoda, że dzisiejsze dzieci nie mogą zakosztować tych wspaniałych zabaw i gier. Kto teraz zbiera karteczki? Kto spędza całe dnie na dworze? Szkoda, szkoda, szkoda... Ale cieszę się, że miałam okazję poznania tego wszystkiego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bardzo żałuję, że czasy się tak zmieniają, bo co to za frajda siedzieć non-stop przed laptopem, telewizorem czy PlayStation i dzień w dzień robić to samo? ;) Nasze dzieciństwo co prawda miało Pegasusa i inne takie konsole, ale były one wyłącznie odskocznią od nieustannych zabaw na dworze w chowanego, w podchody, w zbijaka itd. :)

      Usuń
  14. Jeju, teraz to mnie dopadła nostalgia, po tym twoim poście. ;) Generalnie pamiętam i tęsknię za wszystkim o czym pisałaś, a już w szczególności za czasami bez komputerów, gdzie cały wolny czas przeznaczało się na skakanie po drzewach, bawienie się w różnorakie zabawy, granie w piłkę, włóczenie się po mieście/lesie/polach, wkurzanie sąsiadów, kradnięcie jabłek z jabłoni. Mmm. :) I o ile teraz rodzice nie umieją wyścigać swoich pociech na dwór, pamiętam że moi, nie mogli ściągnąć mnie, mojego brata i kuzyna DO domu. :) Cudowne. :)
    Warto powrócić do wspomnień, bo może się okazać, że to jedna z lepszych części człowieka. :)
    Pozdrawiam,
    Sherry

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ja też muszę się przyznać, że podkradałam jabłka z drzew, albo gruszki czy chociażby orzechy, bo kiedyś leszczyn na mojej wsi było pełno. :P Ach, to były cudowne chwile. :)

      Usuń
  15. Jej, aż sobie zaczęłam wspominać, stare dobre czasy, kiedy to dzieci nie spędzały całych dni przed komputerem. Miło wspominam kolorki. Niezły był ubaw, bo każdy chciał mieć język we wszystkich możliwych kolorkach. Uwielbiałam czekotubki. Pamiętam karty, które zdobywało się w chipsach. Z zabaw kojarzy mi się dom na asfalcie rysowany kredą, granie w gumę, czy też restauracje. Pamiętam płacz, kiedy zostawione w piwnicy przyrządy zostały wyrzucone przez sprzątaczkę. Złote myśli weszły dopiero w późnej podstawówce. Karteczki posiadam do dziś i ani myśli mi się ich wyrzucić. Zbliżam się do szesnastki, ale już teraz wspominam młodzieńcze lata z łezką w oku. Teraz? Trzeba samemu podejmować decyzję i być odpowiedzialnym za swoje czyny. Jest jeden plus: miłość. I pieniądze. Takie są uroki wkraczania w dorosły świat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie na pewnym odcinku drogi nie było miejsca na asfalcie, które nie byłoby zamazane kredą, po prostu wszędzie były jakieś rysunki, napisy, które co jakiś czas się poprawiało, bo przejeżdżające auta wszystko rozmazywały. :) Ach, to dopiero było fajne. :)

      Usuń
  16. :( Aż zachciało mi się płakać, gdy tak razem z Tobą wspominałam..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, nie płakać, tylko uśmiechać się, że miało się takie fajne dzieciństwo! ;)

      Usuń
  17. Dzieciństwo miałam równie fajne jak ty i należało do niego wszystko oprócz Pegasusa, ta przyjemność mnie niestety ominęła. Ach, siedziało się od rana do wieczora na trzepaku, drzewach, przeróżnych bramach... Piękne czasy, prawda? Oo, i mam jeszcze coś, co zawsze mi się będzie z tymi latami kojarzyć. Oczywiście, Harry Potter! Przy każdej kolejnej premierze biegło się do najbliższego sklepu, a tam (u mnie był to Champion) stały przy wejściu na ogromnych paletach stosy tej samej książki. Magia. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tylko na premierę "Harry Potter i Insygnia Śmierci" czekałam z niecierpliwością i zaraz poleciałam do księgarni, gdy tylko ta część się w niej pojawiła. :) Nigdy nie zapomnę tego, jak bardzo czekałam na premierę tej książki i w jakim szoku byłam, gdy ginęli kolejni bohaterowie, których pokochałam.

      Usuń
  18. Przeczytałam Twoje recenzje i muszę przyznać, że zachęciłaś mnie do sięgnięcia po pozycje Jodi Picoult :) Dlatego dopiszę jej książki do mojej must have listy ;)

    Wszystko o czym piszesz też mi się kojarzy z dzieciństwem ;) Złote myśli wędrowały z ręki do ręki, karteczki z segregatorów to był jakiś szał (ja pamiętam jeszcze jak byłam w przedszkolu i były takie małe karteczki jak z malutkich notesików też z różnymi nadrukami), kiedyś nie miało się telefonów komórkowych czy Internetu, a właśnie wiedziało się, gdzie są wszyscy i leciało się do nich bez problemu i zabawa trwała do późna :) A dzisiaj to szkoda gadać... Pokemony też oglądałam, ale jednak bardziej wolałam Dragon Ball :D Do tej pory zdarza mi się to oglądać ;)

    Jeśli masz ochotę to zapraszam do siebie ;) booksofmeworld.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to super, Jodi Picoult to moja ulubiona pisarka powieści obyczajowych, jej książki są zjawiskowe, mam więc nadzieję, że i Tobie przypadną do gustu. :)

      Właśnie nie wiem, jakim cudem udawało się wszystkim tak fajnie zgrać, bo teraz bez telefonów czy Internetu byłoby to prawie niemożliwe. W dzieciństwie nie miało się takiego środka komunikacji, a jednak nie było problemu, żeby zmówić się o konkretnej godzinie w konkretnym miejscu. :)

      Usuń
  19. Ah! Karteczki :) Pamiętam jak wymieniałam się ze znajomymi czy to na podwórku, czy to w szkole, jak i również z kuzynami i kuzynkami :) To było coś wspaniałego. Moje bajki z dzieciństwa to oczywiście Pokemony ale z tego co opowiadała mi mama to przede wszystkim Dragon Ball. Nie raz mama wspominała jak wraz z bratem, gdy tylko przyszliśmy z przedszkola zawzięcie oglądaliśmy nowe odcinki tej bajki, co teraz wydaje mi się strasznie dziwne, gdyż nic z tego nie pamiętam. :) Ah te stare dobre czasy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja za to Dragon Balla strasznie nie lubiłam, jakoś strasznie denerwował mnie to anime. :P

      Usuń
  20. Dokładnie tak samo wyglądało moje dzieciństwo :D
    A ostatnio nawet gdzieś widziałam karteczki i już byłam gotowa zakupić wszystkie wzory, ale mama mnie odciągnęła xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja co jakiś czas widzę je w mojej miejskiej księgarni i zawsze odwracam wzrok, bo wiem, że niewiele brakuje, żeby im ulec. :D

      Usuń
  21. Segregator z karteczkami :) Ile było zabawy! To było dzieciństwo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewiele się zmieniło od tego czasu, z tą różnicą, że teraz zamiast karteczek to "zbieram" książki. ;)

      Usuń
  22. Wpadnij do mnie na najlepsze bajki dziecinstwa! Super post!
    czolowadziesiatka.blogspot

    OdpowiedzUsuń
  23. nie ma to jak powrót do dzieciństwa choć na chwilę :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.