24 lipca 2014

Krzyk Icemarku, Stuart Hill

Czytając tę książkę, w pewnym momencie odniosłam takie dziwne wrażenie déjà vu, jakbym już wcześniej z czymś podobnym miała do czynienia. Na szczęście szybko przypomniałam sobie, że z nieco podobną koncepcją, z pewnymi motywami spotkałam się podczas czytania książki „Królewski wygnaniec” Fiony McIntosh, którą recenzowałam nie tak dawno temu i która - jak być może pamiętacie - wywołała we mnie dosyć mieszane odczucia. To dziwne i nie do końca wyjaśnione podobieństwo spowodowało także, że mój odbiór tej powieści był taki sam, jak w przypadku książki Fiony McIntosh, dlatego zapewne już wiadomo, jakie uwagi chciałabym odnieść w stosunku do tej lektury. 

Thirrin ma zaledwie czternaście lat, kiedy musi wziąć los królestwa w swoje ręce i walczyć przeciwko niepowstrzymanej armii imperium. Kiedy jej ukochany ojciec ginie na wojnie, od teraz to właśnie od niej zależą przyszłe losy jej poddanych, dlatego Thirrin zmuszona jest wyruszyć aż do mroźnego Rdzenia Świata, aby zjednać sobie inne ludy i stworzenia, które mogłyby pomóc młodej, aczkolwiek odważnej królowej w obronie jej małego królestwa.

Co najbardziej zachwyciło mnie podczas czytania tej książki, to świat, jaki wykreował Stuart Hill, ponieważ tło do rozgrywających się na nim wydarzeń jest po prostu cudowne. Fantastycznie było odkrywać te wszystkie nieznane krainy i stworzenia, których charaktery zostały nakreślone w naprawdę ciekawy sposób. Z miejsca można zauważyć, że autor swoją wizję w niemały sposób oparł na mitologii nordyckiej, do której jednak dodał sporo swoich pomysłów, dzięki czemu powstał naprawdę interesujący świat, pełen wampirów, wilkołaków, duchów, czarownic i śnieżnych lampartów. Dodając do tego szczyptę absurdalnych, a jednak zabawnych zachowań niektórych bohaterów, można by uznać, że ma się do czynienia z pierwszej klasy powieścią fantasty. A jednak, nie do końca. 

Przyznam wprost, dosyć mocno irytowała mnie główna bohaterka tej powieści - Thirrin, co nie jest niczym dziwnym, ponieważ przejawiam zadziwiającą tendencję do nielubienia żeńskich postaci w książkach. Fakt faktem jednak, że młoda królowa Icemarku nie raz zachowywała się niczym najgorsza, rozkapryszona gwiazdka, której niemożliwym jest wręcz dogodzić. Bardzo często ulegała także nieprzyjemnym humorkom, przez które cierpieli jej najbliżsi przyjaciele, a innych - choć równych sobie - traktowała z góry. Naprawdę dawno nie spotkałam się z tak bardzo męczącą, dziecinną postacią.

Także i język autora nie powalił mnie na kolana, bo choć to debiut, to nieprzyjemnie czytało mi się wypowiedzi i dialogi wiejące sztucznością, brakiem prawdopodobieństwa i naturalności. Tak samo jak w przypadku „Królewskiego wygnańca” - czułam się jak na sztuce teatralnej, gdzie dialogi miały być przepełnione patosem i nieprzyjemną pompatycznością, której w książkach po prostu nie lubię. Nie sprawiło to, że książkę tę czytało mi się jakoś wybitnie nieprzyjemnie, aczkolwiek nie będę ukrywać, że styl ten nie przypadł mi do gustu.

Nie chcę polecać Wam książki, z której nie byłam w pełni zadowolona, ale nie chcę jej również odradzać, ponieważ pomimo tych dosyć istotnych i rzucających się w oczy minusów, „Krzyk Icemarku” to całkiem fajna książka. Decyzję o jej przeczytaniu pozostawiam Wam, a to, czy będę kontynuować przygodę z tą serią, stoi raczej pod znakiem zapytania. 

Ocena: 6,5/10
Copyright © 2016 Złodziejka Książek , Blogger