29 lipca 2014

Aż po horyzont, Morgan Matson

Jeżeli czytaliście moją recenzję innej książki tej autorki pt. „Lato drugiej szansy”, to na pewno wiecie, że spędziłam z tą powieścią magiczne, niezapomniane chwile, a sama historia urzekła mnie tak, że jej recenzja była niemalże peanem pochwalnym na jej cześć. Bez wahania skorzystałam więc z szansy przeczytania książki „Aż po horyzont”, licząc jednocześnie na to, że otrzymam równie zachwycającą, równie mocno zapadającą w pamięć i poruszającą lekturę. Czy tak się stało? Cóż, po części tak, po części niestety nie. 

Ta ponad 400 stronicowa powieść opowiada historię dwójki bohaterów, którzy wyruszają razem w samochodową podróż przez (prawie) całą Amerykę. Amy to postać, która przechodzi właśnie przez najgorszy z możliwych okresów. Kilka miesięcy temu zmarł jej ojciec, a teraz musi opuścić miejsce, w którym się wychowała i dojechać do matki z Kalifornii do Connecticut i tam rozpocząć nowe życie. Roger natomiast to syn znajomej rodziców, który próbuje poradzić sobie z koszmarnym zerwaniem, jednak pomimo tego, że niegdyś bawili się ze sobą w dzieciństwie, Amy kompletnie go nie pamięta. I jak tu podróżować z kimś w zasadzie całkowicie obcym przez kilka dni w jednym samochodzie? Okazuje się jednak, że bardzo szybko znajdują oni wspólny język, a początkowo zapowiadająca się nudna podróż w jednej chwili zamienia się w niezapomnianą przygodę ich życia.

Pomimo tego, że jestem bardzo zadowolona z tej książki i jak najbardziej przypadła mi ona do gustu, to niestety nie dorównała ona drugiej książce tej autorki, na co przede wszystkim liczyłam. Przyznaję, że raz czy dwa (albo i więcej) nie byłam w stanie opanować wzruszenia i łzy mimowolnie pojawiały się w moich oczach, to jednak wzruszenie to nie było tak silne jak podczas czytania książki „Lato drugiej szansy”. Cały smutek zawarty w tej książce nie był aż tak odczuwalny, aż tak widoczny i przede wszystkim nie stał się on częścią mnie w tak wielkim stopniu, jak było to w przypadku losów Taylor z „Lata drugiej szansy”. Nie chcę umniejszać tego łzawego elementu powieści, ponieważ on jest i - jak już wiecie - dał mi porządnie popalić, a jednak był dla mnie znacznie mniej efektywny. 

Co mnie dosyć zdziwiło, to fakt, że po kilkudziesięciu kartkach tej książki miałam takie wrażenie, jakby relacja pomiędzy Amy a Rogerem stała w miejscu. Jakby ta dwójka jedynie egzystowała obok siebie, co jakiś czas wymieniając jedynie lakoniczne zdania, przez co wydawało mi się, jakby zupełnie się ze sobą nie komunikowali. Jest to oczywiście frustrujące, ponieważ gdybym to ja była na miejscu któregoś z nich (i zapewne podpisałoby się pod tym wiele osób), to ze wszystkich sił starałabym się nawiązać jakiś kontakt z drugą osobą, poznać ją, żeby nie spędzić całej drogi w niezręcznej ciszy, kompletnie nic o sobie nie wiedząc. Na całe szczęście jednak zostaje to naprawione i w późniejszym czasie znajomość między Amy a Rogerem rozwija się w bardzo fajny sposób, początkowo z dystansem, a jednak dynamicznie. Niestety jednak w pewnym momencie, już bardzo blisko końca, autorka niepotrzebnie ten rozwój wydarzeń przyspieszyła, przez co odniosłam wrażenie, jakby ich relacja z bardzo dobrego toru przeskoczyła na ten mniej zadowalający, a wszystko przez to, że potoczyła się ona zdecydowanie zbyt szybko, w nieco moim zdaniem niezdrowym kierunku. To nierównomierne tempo poznawania się dwójki głównych bohaterów trochę mi przeszkadzało, tego nie mogę ukryć.

W gruncie rzeczy jednak uznaję tę książkę za wartą poświęcenia jej kilku chwil lekturę. Przeczytałam ją tak szybko, że aż sama się zdziwiłam, gdy późnym wieczorem - jeszcze tego samego dnia - odłożyłam ją z powrotem na półkę. Duży wpływ na to miał oczywiście język autorki, bardzo przyjemny, prosty, ale nie uproszczony, nie przesadnie młodzieżowy, tylko bardzo naturalny, dzięki temu „Aż po horyzont” czytało mi się zaskakująco płynnie.

Sama idea podróżowania przez (prawie) całą Amerykę była niezwykle fascynująca, w pewnym momencie zaczęłam nawet niesamowicie żałować, że nie jestem w stanie teleportować się do samochodu bohaterów i że nie mogę przeżyć tej podróży razem z nimi. Wiele bym dała, żeby odwiedzić miejsca, w których Amy i Roger się znaleźli, w których przeżyli tyle świetnych i wartych zapamiętania chwil. Jakby tego było mało, w książce znajdują się również przeróżne wkładki z informacjami na temat poszczególnych stanów, do których zajechali bohaterowie, playlisty, których słuchali podczas jazdy, zdjęcia, które zrobiła autorka - Morgan Matson, gdyż podróżowała ona niemalże identyczną trasą i na tej podstawie napisała swoją powieść, a nawet paragony z przydrożnych dinerów czy fast-foodów. Jest to genialny dodatek do tej książki, gdyż dzięki temu czytelnik może poczuć, jakby sam brał udział w tej przejażdżce, w choć minimalnym stopniu można mieć wrażenie, jakby było się razem z bohaterami, co niestety musiało mi wystarczyć. Dlatego też, jeżeli zastanawiacie się, czy polecam tę książkę, moja odpowiedź brzmi: tak, jak najbardziej. Pomimo tego, że nie spełniła ona moich oczekiwań pod pewnym względem, to jednak uważam, że jak najbardziej warto ją przeczytać. 

Ocena: 8/10
Copyright © 2016 Złodziejka Książek , Blogger