11 września 2014

Dotyk Julii, Tahereh Mafi

„Dotyk Julii” czytałam dłużej niż miesiąc, po części z tego powodu, że cały sierpień był dla mnie niezwykle pracowitym miesiącem, w trakcie którego nie miałam ani jednej wolnej chwili dla siebie, a po części także i z tego powodu, że jest to najgłupsza i najnudniejsza książka, z jaką się ostatnio spotkałam, przez co jej czytanie niemożliwie wręcz mi się dłużyło. Nie lubię oceniać żadnej książki jako „głupiej”, jednak prawda jest taka, że nie jestem w stanie inaczej myśleć o tej powieści, jak właśnie w ten sposób.

Główną bohaterką tej powieści jest Julia, która posiada niepowtarzalny i niezwykle niebezpieczny dar, jakim jest zabijanie poprzez dotyk. Bardzo szybko przyciąga ona zainteresowanie Komitetu Odnowy, który zaintrygowany jej nietuzinkową zdolnością pragnie wykorzystać Julię do własnych celów. Dziewczyna jednak poznaje chłopaka, który pomaga jej odnaleźć pewność siebie i po raz pierwszy zawalczyć o swój własny los.

Nie przesadzę, kiedy napiszę, że „Dotyk Julii” zaczął irytować mnie już praktycznie od samego początku, co zdarzyło mi się z resztą nie po raz pierwszy, więc nie jest to dla mnie żadnym zaskoczeniem. Jako jednak, że lubię kończyć nawet te najgorsze książki, to niestety starałam się dobrnąć do końca tej powieści, co było dla mnie ogromnym wyzwaniem oraz sporą ilością powalająco zmarnowanego czasu. Ujmę to krótko - moje notatki z prawa konstytucyjnego są o niebo ciekawsze i mniej nużące (szok) niż lektura, którą właśnie recenzuję. 

Odnoszę dziwne wrażenie, jakby autorka tej powieści postawiła na ilość, nie natomiast na jakość. Na ilość tak zbędnych, męczących i sztucznie brzmiących środków stylistycznych, że czytanie tej książki było dla mnie istną mordęgą. Pomyślicie sobie pewnie, że marudne ze mnie babsko, bo raz narzekam na zbyt banalny język, a teraz znów na zbyt poetycki, prawna jest jednak taka, że gdy ktoś zna granice i ma umiar to wówczas nie powinno być z niczym żadnego problemu. Mnie jednak te wszechobecne hiperbole, porównania, metafory, cuda niewidy niezwykle denerwowały, ponieważ było ich najzwyczajniej w świecie zbyt dużo. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam środki stylistyczne, ale, do diabła, z umiarem, którego w tej książce Tahereh Mafi niestety nie zachowała.

Autorka wykazuje również dziwny zwyczaj przekreślania słów, niekiedy pełnych zdań, które zapewne miały być uosobieniem skrytych, osobistych myśli głównej bohaterki, których dziewczyna nie chciałaby ujawniać. Nie mam zielonego pojęcia, ku czemu miałby ten zabieg służyć - aby czytelnicy mogli bardziej utożsamić się z Julią i jej historią? Aby łatwiej było im wczuć się w skórę głównej bohaterki i nieco bardziej jej współczuć? Aby wprowadzić jakiś ciekawy klimat? Jeżeli tak, to w moim przypadku kompletnie minęło się z tym celem.

Największym minusem tej powieści jest jej główna bohaterka (tak jak i każda inna postać w tej książce, ale skupię się tylko na niej), postać zupełnie niczym nie wyróżniająca się (cóż, może poza faktem, że potrafi zabijać poprzez dotyk, ale nie o to mi tutaj chodzi), bezbarwna, na pozór przedstawiona jako wyjątkowa, prawda w moich oczach jest jednak taka, że to chyba najbardziej żałosna postać ze wszystkich książek, jakie czytałam. Jej wieczne użalanie się nad swoim losem i przeszłością nie robiło na mnie większego wrażenia, oprócz jedynie przyprawiania mnie o nieustający ból głowy. Nie potrafiłam współczuć Julii, nie potrafiłam przejąć się jej losem, nie potrafiłam przeżywać tego, co spotykało ją i jej bliskich. Jest to postać tak słabo wykreowana, tak nierozwijająca się, że jedyne, czego mi tutaj brakuje, to umieszczenie jej w serialu Teen Wolf wśród innych tak okropnych postaci. Gdzie się podziały te świetne, silne, niezależne kobiece charaktery? No gdzie?!

Co muszę jeszcze dodać, to fakt, że nie odczułam kompletnie żadnego klimatu panującego w tej książce. Nic, zero, żadnych emocji, żadnych wrażeń, żadnej atmosfery, niczego, co mogłoby wywołać jakieś tam drgnięcie podniecenia, strachu czy napięcia. Sam świat przedstawiony jest mizernie, przez prawie całą książkę autorka porusza ten temat może ze dwa, trzy razy, niezwykle ogólnikowo, rzucając czytelnikowi godne pożałowania ochłapy i dopiero pod koniec książki odkrywa swoje karty. No ale litości, kto będzie czekał na pięć ostatnich stron, żeby dowiedzieć się, o co w tej całej historii chodzi? Gdybym wiedziała, że tak to będzie wyglądać to wyjątkowo rzuciłabym tę książkę w kąt już w połowie. Nie jestem osobą, której autor/ka może rzucić kilka słabych haseł z nadzieją na to, że będę siedzieć cicho i cieszyć się z tego, co mam, niestety. 

„Dotyk Julii” to jeden wielki „wow!”. Wow, jak można zmarnować tak dobry potencjał? Wow, jak można wykreować tak beznadziejną, wiecznie użalającą się i robiącą z siebie ofiarę losu bohaterkę? Wow, jak można stworzyć tak nudną historię? Wow, jak można AŻ tak bardzo irytować czytelnika językiem? Pisząc tę recenzję jestem nabuzowana negatywnymi emocjami, dlatego jej ton jest taki a nie inny, fakt faktem jednak, że nie polecam tej książki, ponieważ uważam, że nie warto marnować na nią czasu. Ja natomiast zdecydowanie nie zamierzam czytać kolejnych tomów tej trylogii, bo gdybym znów miała spotkać się z irytującą Julią i nudnym Adamem, tak wdzięcznie jedzącymi sobie z dziubków zakochanymi gołąbkami to chyba bym oszalała.

Ocena: 1/10
Copyright © 2016 Złodziejka Książek , Blogger