15 sierpnia 2015

Hopeless, Colleen Hoover


Moja przygoda z tą książką zaczęła się od tego, iż postanowiłam sobie, że nigdy po nią nie sięgnę. Gdy nastąpiła jej premiera i na blogach zaczęły pojawiać się opinie będące nie tyle normalnymi recenzjami, co niemalże odami pochwalnymi ubóstwiającymi teoretyczną znakomitość tej książki, jakoś poczułam, że nie jest to lektura dla mnie. Owszem, tematyka mi odpowiada, pozytywne recenzje również co do zasady powinny mnie skusić, a jednak czułam, że stracę czas czytając tę książkę i z góry założyłam, że nie przypadnie mi ona do gustu. Każdy z nas tak ma, prawda? Widzimy jakąś książkę i myślimy sobie: „E tam, to mi się raczej nie spodoba”, później jednak coś sprawia, że i tak decydujemy się na przeczytanie danej powieści. Cóż, czasem wypada posłuchać tego głosu rozsądku.

„Hopeless” to historia opowiadająca o siedemnastoletniej Sky, która pewnego dnia spotyka Deana Holdera, dosyć tajemniczego chłopaka, który przyciąga Sky niczym magnes. Holder ma raczej nieciekawą reputację, w dodatku główną bohaterkę przestrzega przed nim jej najlepsza przyjaciółka - jednak chcąc nie chcąc Sky czuje do chłopaka coraz większy pociąg i za nic nie potrafi mu się oprzeć. Niestety, im bardziej Sky zbliża się do Deana, tym bardziej budzą się w niej wspomnienia, o których dziewczyna od wielu lat starała się zapomnieć. Znajomość z nim może zmienić ją bezpowrotnie, jednak czy miłość okaże się silniejsza od rozdrapania ran okrutnej przeszłości? 

Czytanie tej powieści było dla mnie lekkim terrorem i to wcale nie ze względu na dosyć ciężką tematykę, jaką ta książka porusza. Terrorem było to, że musiałam męczyć się z tą jakże nieciekawą, miałką i nudną lekturą. Przez chwilę nawet poczułam się trochę zaniepokojona tym, iż nie przeżywałam książki, która porusza przecież tak istotne i niezwykle wrażliwe tematy, kiedy jednak przypomniałam sobie, że wzruszam się przy najbanalniejszych scenach średnio co kilka stron czytając jakąś powieść, doszłam do wniosku, że wszystko jest ze mną okej. To „Hopeless” jest po prostu wielką, literacką porażką. 

Początkowo byłam bardzo zdziwiona tym, dlaczego w ogóle autorka napisała książkę o niczym, bo takie też wrażenie odniosłam po ponad 200 stronach tej lektury. Na dobrą sprawę znaczna większość stron w tej książce jest całkowicie bez sensu, czytanie o tym, jak dwie przyjaciółki „dla zabawy” wyzywają się od „dziwek” (ja pierdzielę, kto normalny tak robi?) i kompletnie nie przejmują się tym, że cała szkoła uważa je za puszczalskie przyprawiło mnie o potężny ból głowy. Dodając do tego stosunkowo co dwie strony znajdujące się opisy jakże namiętnych pocałunków głównych bohaterów super emocjonalne sceny miłosnych uniesień naprawdę można pomyśleć, że ta powieść jest beznadziejnie płytka i nie prezentuje sobą żadnej wartości. No, bo w sumie... trochę tak jest. 

Dopiero około 215 strony zauważyłam jakiś przełom i to mnie właśnie dziwi. Dlaczego pierwsza ponad połowa „Hopeless” jest grafomaństwem w najczystszej postaci, a dalsza część tej książki odrobinę podnosi jej poziom? Dlaczego nie można było od razu tak ruszyć z kopyta i napisać coś z sensem? Czyżby autorka dopiero po 200 stronach doznała olśnienia? Ta niekonsekwencja w prowadzeniu akcji (przez połowę nic kompletnie się nie dzieje, a później akcja rusza niczym rozpędzony ciągnik) sprawiła, że moja mina podczas czytania tej lektury z kompletnie beznamiętnej zmieniła się w taką wyrażającą „what the fuck?”. Naprawdę was nie wkręcam, kiedy piszę, że czytając tę powieść umierałam z nudów - tak było! 

Wszyscy bohaterowie tej książki wykreowani są jakby na jedno kopyto - niczym się nie wyróżniają, nie mają w sobie żadnej iskry, są totalnie bezpłciowi, bez życia, bez jakichkolwiek barw. Typowe, papierowe, bezkształtne marionetki, których losy nie wzbudzają we mnie żadnych, absolutnie żadnych uczuć. Powinnam współczuć Sky, powinnam czuć do niej sympatię, a jedyne co tak naprawdę poczułam to ogromną niechęć, bo dawno żadna bohaterka tak bardzo mnie nie wkurzała. Przy scenach Sky i Holdera dostawałam mdłości, a gdy tylko główna bohaterka otwierała usta czułam niesamowitą irytację.

Poza jednym, drobnym zaskoczeniem, którego doznałam w trakcie tej lektury (oczywiście nie zdradzę wam, o co dokładnie chodzi) - cała książka jest dla mnie strasznie przewidywalna. Z dużym wyprzedzeniem domyślałam się tego, co się wydarzy, dlatego czytałam tę książkę bez jakiegokolwiek zdziwienia, z totalną beznamiętnością. Jak można tak równo spieprzyć naprawdę dobrze zapowiadającą się lekturę? Bo pomysł na fabułę autorka miała całkiem dobry, bez szaleństw, ale był naprawdę okej. Czy porażkę spowodował jej do bólu pospolity język? Jej nieumiejętność stworzenia ciekawych, barwnych postaci? Nie będę zgadywać, jednak jedno wiem na pewno: zdecydowanie nie polecam tej książki. 

Ocena: 2/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.