14 grudnia 2015

Znak Ateny, Rick Riordan


Im bardziej zaczytuję się w serii o olimpijskich herosach, tym bardziej mam wrażenie, że Rick Riordan czyta mi w myślach i w każdej kolejnej książce zawiera właśnie to, co najbardziej chciałabym otrzymać. Bo jak to jest w takim razie możliwe, żeby moje wymagania co do kolejnych części tej serii były spełniane w takim stopniu, żebym nie miała nad czym pokręcić nosem? Żebym wraz z odkładaniem książki na półkę myślała sobie: „Wow, to jest naprawdę kawał idealnej lektury”. Żebym z zachwytem przewracała każdą kolejną kartkę w czytanej przeze mnie książce jego autorstwa i w myślach biła prawo wraz z każdym przeczytanym słowem. Bo taka jest prawda, ten autor swoimi powieściami trafia prosto do mojego serca. 

Kiedy Annabeth wreszcie może udać się zobaczyć Percy'ego po sześciu miesiącach długiej i męczącej rozłąki sprawy zaczynają się nieco bardziej komplikować. Wojna między Obozem Jupiter a Obozem Herosów jest coraz bliżej, Gaja z każdą chwilą staje się coraz silniejsza, a uprowadzony Nico znajduje się w Rzymie... tylko gdzie? Jak herosom uda się odnaleźć ich przyjaciela w tak wielkim mieście, na czas, jeszcze żywego? I jak poradzi sobie Annabeth, która wyruszyła do Rzymu ze swoją własną misją, przekazaną jej przez Atenę? Czy będzie w stanie wykonać polecenie matki i na nowo zyskać jej szacunek oraz zaufanie?

Akcja tej książki rozpoczyna się w momencie, w którym zakończyła się akcja „Syna Neptuna”, co na dobrą sprawę jest fantastycznym rozwiązaniem. Autor ani na chwilę nie daje czytelnikowi odetchnąć i już od pierwszych stron porywa go w wir niesamowitych, zapierających dech w piersiach wydarzeń. „Znak Ateny” zawiera w sobie naprawdę zaskakująco dużo akcji i kiedy piszę „zaskakująco”, mam na myśli to, że do tej pory w żadnej książce Ricka Riordana nie spotkałam się jeszcze z tak dużą ilością wydarzeń, które nie pozwolą mi na złapanie oddechu. Nieustannie przez te ponad 500 stron doznawałam tak wielkiej gamy przeróżnych emocji, poczynając od radości i kończąc na smutku. Nie obce mi było podekscytowanie, strach i zdenerwowanie, które sprawiało, że czytając „Znak Ateny” wierciłam się z zaniepokojenia. 

Co najbardziej podobało mi się w „Znaku Ateny” to fakt, że znalazło się w nim tak wiele różnorodnych bohaterów, którzy swoimi odmiennymi osobowościami i zakręconymi charakterami w jeszcze lepszy i ciekawszy sposób napędzali akcję tej książki. Oczywiście wiadomo, że wszyscy z nich są w różnym stopniu zwariowani i odrobinę wręcz szaleńczy, jednak każda z tych postaci miewa inne priorytety i wyznaje nieco inne wartości od pozostałych, dlatego wydarzenia z ich udziałem wydały mi się być tak ciekawe. A sam fakt zaistnienia zmiennej narracji i oddawania jej w ręce różnych bohaterów sprawił, że „Znak Ateny” czytało się równie dobrze co poprzednie części tej serii. Jestem niezwykle wdzięczna, że wreszcie mogłam spotkać się ze wszystkimi moimi ukochanymi bohaterami (Percy, Nico, Annabeth) w jednej książce, bo w poprzednich tomach bardzo mi tego brakowało.

Nie sądzę, żebym znała słowa, którymi potrafiłabym oddać to, w jak wspaniały nastrój wpędziło mnie czytanie tej powieści. Cokolwiek napiszę nie będzie niestety odzwierciedleniem moich odczuć, jednak musicie mi wierzyć, że tak wspaniałych uczuć nie doświadczyłam od momentu przeczytania „Syna Neptuna” - drugiej części tej serii. Tylko książki Ricka Riordana są w stanie sprawić, że mogę na nowo poczuć się dzieckiem, a stres opuszcza mnie w stu procentach. Że cały świat dookoła mnie znika, a ja wraz olimpijskimi herosami przeżywam przygody, o jakich bym nawet nie śniła. Rick Riordan tworzy opowieści, dzięki którym czuję się wyjątkowo, a wszelkie troski i zmartwienia opuszczają mnie w jednej sekundzie – i za to jestem mu niesamowicie wdzięczna. 

Ocena: 10/10 

Książkę otrzymałam od księgarni lovebooks.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.