19 stycznia 2016

[przedpremierowo] Linia serc, Rainbow Rowell


Podczas zabierania się za lekturę tej książki wiedziałam, że stąpam po grząskim gruncie, gdyż w przypadku mojego stosunku do literatury tej autorki pozostały mi tylko dwie możliwości: zachęta do dalszego poznawania twórczości Rainbow Rowell lub stanowcze podziękowanie jej książkom i poszukanie czegoś, co szczerze mnie zadowoli. „Eleonora i Park” okazała się być książką, która niestety bardzo mnie zawiodła, czy w przypadku „Linii serc” sytuacja wygląda tak samo? 

Georgie McCool od dłuższego czasu wie, że w jej małżeństwie coś zaczyna się psuć, jednak ostatecznie czara przelewa się w momencie, kiedy dwa dni przed wyjazdem do Omaha, gdzie mieszka rodzina jej męża, Georgie decyduje się zostać w domu. Pracuje ona nad scenariuszami do seriali komediowych i obowiązki związane z jej zawodem zmuszają kobietę do porzucenia spędzenia świątecznego czasu z córeczkami i Nealem. Georgie szybko zaczyna tego żałować i gdy na swojej drodze spotyka szansę, dzięki której może naprawić stosunki z mężem, zamierza z niej skorzystać. Czy nie jest jednak aby trochę na to za późno? Czy może jest dla tej dwójki jeszcze jakaś szansa? 

Poznałam już młodzieżową stronę tej autorki, teraz również miałam okazję poznać tę dla nieco doroślejszych osób. I przyznam się całkiem szczerze, że momentami nie widziałam pomiędzy tymi dwiema stronami żadnej różnicy, bowiem w „Linii serc” granica między nimi zdawała się zacierać. Książka ta miała być napisana z myślą o starszych osobach, zawierającą starszych bohaterów i problemy dotyczące starszych nieco ludzi, jednak ja i tak w wielu momentach czułam, że Rainbow Rowell nie udało się do końca porzucić tej swojej młodzieżowej twarzy, a nastoletni klimat utrzymywał się często w tej powieści w przypadku wielu scen. 

Nie jestem w stanie zaprzeczyć temu, iż szczerze pokochałam zdecydowaną większość bohaterów tej powieści, których uważam jednocześnie za największy jej atut. Dobrze wiem - jak i doskonale przekona się o tym każdy, kto zdecyduje się na przeczytanie tej książki - że Neal nie jest facetem idealnym, ma swoje wady, na które nie sposób przymknąć oko, jednak szybko zapałałam do niego niezwykle wielką sympatią. Pokochałam go jako mężczyznę, który jest w stanie naprawdę wiele poświęcić dla swojej rodziny, ale także jako człowieka, który stara się odnaleźć w świecie i pomimo nie tak skromnego wieku wciąż poszukuje swojej drogi życia. Pokochałam nieco zwariowaną, ale jakże uroczą Heather, polubiłam Setha, który jednakże chwilami mnie irytował, zapałałam wielką sympatią do matki Georgie, która wydała mi się dosyć... odjechaną postacią. Przed moją miłością nie uciekł nawet Scotty, którego jak na mój gust było w tej książce zdecydowanie zbyt mało!

Jak na złość, co zdarza się zaskakująco często, nie byłam jednak w stanie polubić głównej bohaterki. Doceniałam jej nikłe starania, aby ratować jej związek, jednak miałam wrażenie, że postać ta kompletnie nic nie robi w tym celu, aby naprawić relację pomiędzy nią a Nealem. Była dosyć bierna w swoim postępowaniu, brakowało jej przejęcia inicjatywy i przez naprawdę długi czas miałam wrażenie, że będzie siedziała na miejscu i dosłownie czekała na cud, albo krok, który wykona jej mąż, chociaż sporo winy w kryzysie, który spadł na jej związek, leżało właśnie po stronie Georgie. Pomimo tego jednak gorąco kibicowałam tej dwójce, aby udało im się poukładać wszelkie sprawy, które wymagały sprostowania, aby udało im się naprawić relację, która trwała już tyle lat. 

Drobny element fantastyczny jest w tej książce tak nikły, że z pewnością nie będzie przeszkadzał osobom, które za fantastyką nie przepadają. Pomimo tego, że momentami miałam problem z rozpoznaniem, kiedy mam do czynienia z teraźniejszością, a kiedy do akcji wkrada się przeszłość i bohaterowie z przeszłości, to jednak element ten autorka ujęła w sposób tak subtelny, iż czułam, jakbym miała do czynienia z czymś niebywale naturalnym. Gdyby jednak granica między tymi dwoma „światami” została zarysowana wyraźniej, z pewnością byłabym z tego wątku bardziej usatysfakcjonowana. 

Jestem dosyć zadowolona z tej książki, choć nie powaliła mnie ona na kolana. Nie zmusiła do myślenia, nie wywołała refleksji, a jednak przypadła mi do gustu. „Linia serc” to dobra opowieść o tym, że czasami naprawdę opłaca się walczyć, opłaca się trzymać tej ostatniej odrobiny nadziei, aby uratować coś, co ma dla nas duże znaczenie. Trzeba dać coś od siebie, oczywiście, poświęcić rzecz lub dwie, wyjść na kompromis, dyskutować. Warto jednak walczyć i absolutnie nigdy się nie poddawać. Fanów Rainbow Rowell zapewne nie muszę zachęcać do przeczytania tej książki, pozostałym osobom proponuję mimo wszystko dać jej szansę. To pocieszająca, na swój sposób urokliwa lektura, która ma kilka wad, aczkolwiek warta jest przeczytania.
Premiera książki: 3 lutego

Ocena: 6,5/10

PS Decydując się na czytanie tej książki zapraszam was do wzięcia udziału w akcji #czytamyrazem, która promuje czytanie książek przez mamy i córki, jako sposób na lepsze relacje. Fantastyczny pomysł, jak myślicie? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.