14 listopada 2016

[przedpremierowo] Muza, Jessie Burton


Data premiery: 24.11.2016

Jessie Burton jest autorką znaną mi z jej wcześniejszej powieści pt. „Miniaturzystka”. Powieści, którą pochłonęłam w ciągu zaledwie jednego dnia, którą pokochałam całym sercem, powieści, którą do tej pory - pomimo miesięcy od jej przeczytania - ciąż wspominam z łzą w oku i dziurą w sercu, którą po sobie owa lektura pozostawiła. Kiedy dowiedziałam się o premierze nowej powieści Jessie Burton wiedziałam, że nie ma szansy, abym przeszła obok niej obojętnie. Po przeczytaniu „Miniaturzystki” byłam pełna entuzjazmu wobec nowej książki tej autorki... czy jednak słusznie? 

Po jednej stronie płótna dziewczyna trzyma odciętą głowę swojej siostry, po drugiej − lew, który za chwilę poderwie się do zabójczego skoku... Obraz, który latem 1967 roku trafia do renomowanej galerii w Londynie, elektryzuje środowisko marszandów. To może być „śpioch”, dzieło młodego hiszpańskiego artysty z lat 30. XX wieku zaginione w trakcie wojny. Potwierdzają to listy z muzeum Prado oraz fundacji Peggy Guggenheim. Wskutek szczególnego zbiegu okoliczności stenotypistka zatrudniona w galerii, 26-letnia Odelle Bastien, trafia na trop fascynującej historii z Andaluzji roku 1936. Losy Harolda Schlossa, Żyda z Wiednia, który pośredniczy w sprzedaży dzieł Kokoschki, Klee i Klimta, jego pięknej żony Sary i niezwykle uzdolnionej córki Oliwii, w nieoczekiwany sposób splotą się z jej własnym. Czarnoskórej imigrantki z Trynidadu, która choć nagrodzona prestiżowym literackim wyróżnieniem za debiutanckie opowiadanie, z trudem znajduje swoje miejsce w ksenofobicznym Londynie.

Znakomity debiut tej autorki sprawił, że do „Muzy” podeszłam, owszem, z entuzjazmem, ale również z odrobiną obawy i dystansu. Zdawałam sobie sprawę z tego, że nie tak łatwo będzie autorce równie mocno mnie zachwycić, jak nastąpiło to w przypadku „Miniaturzystki”, wobec czego mogłabym być nieco rozczarowana tą powieścią, a tego absolutnie nie chciałam. Chciałam być nią równie mocno oczarowana, chciałam, aby wywarła ona na mnie równie głębokie wrażenie, aby pozostawiła piętno na mojej duszy, aby sprawiła, że myślami będę powracała do niej nieustannie. Chciałam otrzymać równie wyniszczającą emocjonalnie powieść, która zawróci mi w głowie i... szczerze mówiąc, właśnie coś takiego otrzymałam. 

Niesamowicie urzekło mnie w tej powieści to, jak podobne do siebie, a zarazem różne są obie główne bohaterki tej książki. Obie są niezwykle ambitnymi kobietami, posiadającymi pasje ukryte niejako przed światem i ludźmi, którymi się otaczają - Odelle jest pisarką, natomiast Oliwia maluje obrazy. Obie są bardzo silnymi postaciami, co z pewnością zachwyci przyszłych czytelników tej książki, bo kto nie lubi silnych, dobrze rozwijających się bohaterów? Ich charaktery są jednak zasadniczo różne, pomimo tego, iż obie intensywnie dążą do osiągnięcia zamierzonych celów, aby to zrobić podejmują jednak zupełnie inne kroki. Odelle jest kobietą z głową na karku, ciemnoskórą imigrantką, która zdaje sobie sprawę z tego, aby coś osiągnąć, będzie musiała starać się dwa razy bardziej niż większość mieszkańców Anglii. I to właśnie robi, ciężką pracą stara się dotrzeć do celu, który sobie wyznaczyła i jest to cecha, która najbardziej mnie w niej zachwyciła. Odelle to niesamowicie inspirująca postać, pokochałam ją już od pierwszych stron, a jej zaskakujące poczucie humoru sprawiło, że w mgnieniu oka stała się moją ulubioną bohaterką w tej książce. Oliwia natomiast nieco mniej przypadła mi do gustu jako charakter, głównie z tego względu, że wydała mi się być nieco zbyt naiwna i irytująca. Nie zdawała sobie sprawy z tego, jakie konsekwencje wynikną z podejmowanych przez nią decyzji, przez co ucierpiało bardzo wiele ludzi.

Z jednej strony poznajemy w tej książce Anglię, a dokładniej Londyn, do którego przeprowadza się Odelle. Londyn pełen życia, w którym autorka lekko dotyka tematyki rasizmu, z którym niestety zmagać musi się nasza bohaterka. Londyn niezwykle żywy, prawdziwy i jasny, niczym najpiękniejszy obraz. Równie cudownym miejscem akcji jest Hiszpania, piękna i niesamowicie realistyczna. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak autorka wykreowała oba światy, jak fantastycznie można było je odczuć i poczuć się tak, jakby samemu brało się udział w danych wydarzeniach.

Jedyną rzeczą, która sprawiła, że nie mogę „Muzy” ocenić tak wysoko jak „Miniaturzystki” jest to, że akcja tej książki rozwijała się początkowo trochę wolniej, przez co nie od razu się w niej zatraciłam. Potrzebowałam kilku solidnych kartek, aby poczuć, że to jest to, aby dać porwać się tej historii i naprawdę się w nią wciągnąć. Kiedy jednak to już nastąpiło, wówczas nie byłam w stanie się od niej oderwać. Podobało mi się to, że Jessie Burton przeskakując od historii Oliwii do Odelle i odwrotnie, każdy rozdział kończyła w taki sposób, że nasuwało mi się coraz więcej pytań, na które jak najszybciej chciałam poznać odpowiedź. Dzięki temu odłożenie książki sprowadzało się tylko i wyłącznie do konieczności, gdybym tylko mogła, przeczytałabym ją na jednym wdechu. 

„Muza” to naprawdę piękna powieść o poszukiwaniu inspiracji i natchnienia, o szukaniu swojej drogi w życiu i dążeniu do wybranego przez siebie celu. Jest to bardzo dojrzała powieść o kobiecości, która zachwyci nie jednego czytelnika. Powieść, do której myślami wraca się raz po raz - piękna, mądra, którą będę wspominać miło przez bardzo długi czas. Jak najbardziej polecam przeczytanie tej książki, gwarantuję, że się na niej nie zawiedziecie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.