5 kwietnia 2017

Projekt Królowa, Dominika Rosik


Wyobraźcie sobie, że budzicie się nagle w całkowicie obcym miejscu, które pierwszy raz widzicie na oczy. Brakuje wam wspomnień z poprzedniej nocy, nie macie zielonego pojęcia, jak się w tym miejscu znaleźliście, nie ma przy was żadnej bliskiej osoby, która mogłaby być dla was najdrobniejszym chociaż oparciem. Co najgorsze – nie ma żadnego sposobu na to, aby wydostać się z opuszczonego budynku. Jesteście tylko wy i kilka innych osób w podobnej sytuacji, którym nawet nie wiecie, czy możecie zaufać. Jak zareagujecie? Jak szybko poddacie się i postanowicie czekać na to, co przygotował dla was los?

Mniej więcej w takiej sytuacji znajduje się główna bohaterka tej książki – Emily. W pewnym momencie budzi się w podziemiach szpitala psychiatrycznego, nie pamiętając kompletnie nic z poprzedniej nocy. Jak Emily się tutaj dostała? Kto właściwie za to odpowiada? Jak się okazuje – nie ona jedna znajduje się w takiej sytuacji, w szpitalu oprócz niej jest jeszcze siódemka całkowicie obcych jej ludzi. Komu z nich można ufać? Co jest rzeczywistością, a co jedynie iluzją w tym brutalnym eksperymencie, którego bohaterowie stali się ofiarami? 

Podczas czytania tej książki zdecydowanie polecam uzbroić się w odrobinę cierpliwości, ponieważ jej akcja nie toczy się raczej w zbyt zawrotnym tempie. Dla osób takich jak ja, które lubią wartko toczącą się akcję oraz jej ekscytujące zwroty, które sprawiają, że nie można się od danej powieści oderwać, dosyć powolne tempo „Projektu Królowa” może być troszkę zniechęcające do kontynuowania lektury i szczerze mówiąc ja sama w pewnym momencie pomyślałam sobie, że nie do końca tego się spodziewałam. Liczyłam bowiem na to, że te zwroty akcji zaserwowane przez autorkę będą trochę bardziej niespodziewane, że trochę bardziej mnie zaskoczą i przede wszystkim zaostrzą apetyt na to, aby poznać resztę tej historii. Liczyłam również na to, że to stopniowe odkrywanie kart, a także uzyskanie odpowiedzi na pytanie „o co dokładnie tutaj chodzi?” odbywać się będzie mimo wszystko odrobinę szybciej, a tak niestety nie było. 

Nie wiem czy to z tego powodu, że w pewnym momencie zdarzyło mi się na sekundę przysnąć (co wcale nie znaczy, że książka jest nudna!) i gdzieś ten element mi umknął, czy po prostu faktycznie odpowiedź na pytania „w jakim celu zorganizowano ten eksperyment?”, „na czym on dokładnie polega?”, „o co w nim konkretnie chodzi?” pojawia się bardzo późno, bo dopiero gdzieś pod koniec powieści, jednak fakt faktem długo musiałam czekać, aby dowiedzieć się w czym tak naprawdę tkwi sedno tej książki. Gdyby odpowiedź na powyższe pytania przyszła trochę wcześniej, wówczas nie czułabym się tak zniechęcona do kontynuowania lektury, jak czułam się już w połowie książki, ponieważ zdecydowanie nie lubię pozostawać w niewiedzy przez tak długi czas.

Zwroty akcji w tej powieści, szczerze mówiąc, nie są niestety zbyt zaskakujące. Tak naprawdę większość z nich byłam w stanie przewidzieć z dużym wyprzedzeniem, w większości przypadków zdecydowanie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, chociaż nie ukrywam, że pojawiły się dwie-trzy sytuacje, które lekko mnie zaskoczyły. Niemniej jednak nie będę ukrywać, że spodziewałam się trochę większych niespodzianek, liczyłam na to, że ujawnione sekrety będą trochę większych rozmiarów, ponieważ w efekcie czytałam tę książkę bez większej ekscytacji.

W kwestii bohaterów mam trochę mieszane uczucia, ponieważ przez znaczną część powieści nie byłam w stanie większości z nich polubić. Główna bohaterka, Emily, wydawała mi się zbyt bierna i wycofana, jak na narratorkę, która ma atrakcyjnie przedstawić całą historię. Katia sprawiała wrażenie, jakby jej jedynym zadaniem w tej książce było sianie niezgody, doprowadzanie do kłótni i wzajemnych oskarżeń – jedynym uczuciem, którym obdarzyłam tę bohaterkę, była czysta niechęć. George bardzo szybko dał mi się poznać od tej negatywnej strony, ponieważ jedną z pierwszych jego wypowiedzi był dosyć seksistowski komentarz, którego mimo wszystko nie potrafiłam wyrzucić z pamięci, sprawiając, że w pewien sposób ta postać z miejsca została przeze mnie skreślona. Niesamowicie tajemniczy Alex był dla mnie, prawdę mówiąc, bardzo dużą zagadką, przez długi czas sama nie wiedziałam, co o nim myśleć, chociaż jedno było pewne: za grosz nie byłam w stanie mu zaufać. Matthew sprawiał dla mnie chwilowo zbyt silne wrażenie cwaniaczka (szczególnie w stosunku do Emily), co bardzo mocno mnie irytowało. Żałuję jednak, że niezbyt wiele dowiedziałam się tak naprawdę o Jianie, Britcie i Olafie, ponieważ są to bohaterowie, którzy bardzo mnie zaintrygowali i których naprawdę chciałabym lepiej poznać (szczególnie Brittę i Olafa, ich więź bardzo mnie zainteresowała, zdecydowanie brakuje mi w literaturze tak pięknie przedstawionych, silnych relacji między rodzeństwem).

Co jest jednak w tej książce najpiękniejsze? To, jak bardzo zmieniają się ci bohaterowie, a wraz z nimi moja opinia o poszczególnych postaciach. Wyraźnie widać, jak ciężką drogę pokonują wszystkie te osoby, jak mocny wpływ na ich charaktery mają traumatyczne wydarzenia, których stali się ofiarami i jak bardzo zmieniają się pod ich wpływem. Chociażby wycofana, zamknięta w sobie Emily w pewien sposób rozkwita, nieśmiała Britta staje się trochę bardziej odważna, Jian udowadnia, że ma do zaprezentowania coś znacznie więcej niż tylko oszałamiającą inteligencję, a George przestaje być niezbyt rozgarniętym osiłkiem, nieustannie przechwalającym się swoimi mięśniami. Sprawiło to, że podczas czytania ostatnich stron tej książki doszłam ostatecznie do wniosku, że w gruncie rzeczy udało mi się zapałać sympatią do tych bohaterów (a przynajmniej do większości z nich), że udało mi się w jakiś sposób ich polubić, a także zżyć z częścią z tych postaci. Co prawda zajęło mi to sporo czasu, ale zdecydowanie opłacało się na to czekać. Nie wiem, czy ma to sens, ale to trochę tak, jakby proces formowania się tych bohaterów w pełne, rzeczywiste postacie literackie rozpoczął się wraz z pierwszą stroną powieści i trwał aż do samego końca, do momentu uzyskania wspaniałego efektu charakterów tak barwnych, że po odłożeniu książki naprawdę zaczęłam za nimi tęsknić.

Spodobała mi się skrajność charakterów wszystkich postaci, to, jak bardzo różnili się od siebie osobowościami czy zachowaniem, przez co pożądana współpraca między nimi bardzo często stawała się niemożliwa do zrealizowania. Tak różniące się od siebie charaktery były powodem bardzo wielu kłótni, nieporozumień, wątpliwości, a świadomość tego, że nie każdemu można ufać, że niektórzy grają w swoją własną, osobistą grę sprawiała, że relacje między bohaterami były bardzo skomplikowane i rozwijały się stosunkowo powoli. Bardzo spodobało mi się to subtelne zacieśnianie więzi między postaciami, pomimo tak skrajnych charakterów. 

Czego niestety nie mogę powiedzieć o wątku romantycznym, który niestety nie przedstawia się zbyt atrakcyjnie. Jak na mój gust relacja miłosna między pewnymi bohaterami rozwija się tutaj stanowczo zbyt szybko, przez co wypada ona bardzo nienaturalnie, a to jest natomiast powodem mojej dosyć dużej niechęci w stosunku do tego romansu. W związku z sytuacją, w jakiej znaleźli się bohaterowie doskonale rozumiem potrzebę bliskości, jednak równie dobrze wątek miłosny można było zastąpić najzwyczajniej w świecie przyjaźnią – powieść ta zdecydowanie by na tym nie ucierpiała, a wręcz przeciwnie, znacznie by na tym zyskała. Romans mógłby nawet rozwijać się gdzieś w tle albo powoli powstawać z tej przyjaźni, dzięki czemu wypadłby znacznie bardziej naturalnie i wiarygodnie. Najbardziej jednak pod względem tego wątku romantycznego nie spodobał mi się trójkąt miłosny, który w pewnym momencie zaczął się tutaj wyłaniać. Nie był on tak nachalny jak w przypadku niektórych młodzieżowych powieści, niemniej jednak związane z nim niezdecydowanie bohaterki (jednak w sumie nie tylko w związku z trójkątem, Emily ogólnie w kwestii wątku romantycznego wykazywała niesamowite niezdecydowanie, przez długi czas sama nie wiedziała, czego/kogo tak naprawdę chce, co było szalenie denerwujące) bardzo mnie irytowało. Mam wielką nadzieję, że autorka nie pójdzie tym tropem w drugiej części swojej trylogii i żadnego trójkąta miłosnego nie doświadczę już w kontynuacji. 

Miłośnicy psychologii z całą pewnością znajdą w tej książce coś dla siebie, ponieważ cały ten motyw psychologii odgrywa w tej powieści bardzo dużą rolę. Mogę wręcz powiedzieć, że to właśnie na nim opiera się całość historii, na chorobach psychicznych, wielu zagadnieniach tej natury, o których wcześniej nie miałam pojęcia i jestem bardzo wdzięczna tej książce za zainteresowanie mnie niektórymi tematami. Podczas czytania tej lektury mimowolnie googlowałam niektóre kwestie, o których wcześniej nie za wiele wiedziałam, aby zapoznać się z tematem – pod tym względem „Projekt Królowa” bardzo intryguje czytelnika, sprawia, że chcąc, nie chcąc zaczyna się on interesować danym tematem i szukać odpowiedzi na pytania, aby zaspokoić narastający dzięki tej powieści głód wiedzy. I chyba to w tej książce spodobało mi się najbardziej – to, że nienachalnie zachęca ona do zgłębiania pewnych zagadnień, dowiadywania się rzeczy, którymi w innej sytuacji być może aż tak bym się nie zainteresowała. 

Styl, którym posługuje się Dominika Rosik – jak kilka innych elementów tej książki – wzbudził we mnie bardzo mieszane uczucia. Sama nie wiem jaki stosunek powinnam mieć wobec języka autorki, ponieważ o ile początkowo byłam zachwycona barwnymi i „kwiecistymi” opisami, to na dłuższą metę zaczęłam czuć się bardzo zirytowana ilością dramatu zawartą w zdaniach. Początkowo również byłam zachwycona wplataniem w tę historię co jakiś czas mądrzejszych fragmentów, zmuszających do przemyśleń na tematy relacji międzyludzkich czy naszego miejsca na tym świecie. W pewnym momencie jednak te fragmenty zaczęły odstawać na tle innych, szczególnie w chwilach, gdy między bohaterami doszło do jakiegoś zdarzenia, które następnie zostało przez autorkę „podsumowane” pewnym tego rodzaju cytatem, kompletnie nie pasującym do sytuacji i bardzo odstającym na jej tle. Znacznie bardziej doceniłabym styl autorki, gdyby niektóre momenty nie były tak pompatyczne i wyniosłe, jak niestety były w rzeczywistości, a język nie był aż tak przedramatyzowany. Bardzo żałuję, że nie pozaznaczałam sobie konkretnych fragmentów podczas czytania książki, chętnie bym je wam teraz przytoczyła. 

Nie spodziewałam się, że opinia tej książki będzie miała aż taką długość, jest to zdecydowanie jedna z najdłuższych kiedykolwiek napisanych przeze mnie recenzji, mam jednak nadzieję, że uzbroiliście się w cierpliwość i dotrwaliście do końca. Podsumowując jednak – książkę „Projekt Królowa” oceniam dobrze, pomimo mojego narzekania na pewne elementy czuję duży potencjał w tej historii, szczególnie teraz, gdy końcówka powieści sprawiła, że bardzo polubiłam większość bohaterów i nabrałam ogromnego apetytu na przeczytanie kontynuacji. Żałuję tylko tego, że tak długo musiałam czekać na to, aż coś konkretnego wreszcie się wydarzy, bo szczerze mówiąc dopiero od połowy akcja tej książki zaczyna się troszkę ruszać, ale tak naprawdę to dopiero ostatnie 150 stron sprawiło, że nie mogłam się od tej powieści oderwać i przeczytałam je z prawdziwą przyjemnością. Żałuję również tego, że niektórych bohaterów (Olaf, Britta, Jian czy nawet Katia, choć za nią nie przepadam) nie udało mi się poznać w wystarczającym dla mnie stopniu – narracja prowadzona jest z trzech punktów widzenia (Emily, Alex, Matthew), więc niestety z oczywistych względów reszta bohaterów jest delikatnie zepchnięta na bok. Chętnie jednak sięgnę po drugi tom tej trylogii, jestem bardzo ciekawa w jakim kierunku potoczy się akcja w kontynuacji i jak na tle pierwszego tomu wypadnie druga część.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy opublikowany komentarz, opinia czytelników mojego bloga naprawdę wiele dla mnie znaczy i gorąco motywuje do dalszego pisania.